Barbara Bubula (PIS), Posłanka na Sejm RP, z okręgu 13, Wybory 2005, Prawo i Sprawiedliwość

 

 

 

  ARTYKUŁY - NA MANOWCACH SPOŁECZEŃSTWA OBYWATELSKIEGO

Barbara Bubula (PIS), Posłanka na Sejm RP, z okręgu 13, Wybory 2005, Prawo i Sprawiedliwość

 

przekład Barbara Bubula

 

Linki do stron Sejmu RP:

- WYPOWIEDZI

- INTERPELACJE

- ZAPYTANIA

- PYTANIA

- OŚWIADCZENIA

- GŁOSOWANIA

- KOMISJE SEJMOWE

- MEDIA

- LINKI

 

 

Barbara Bubula

Na manowcach społeczeństwa obywatelskiego

Listopad 2001 roku, sesja Rady Miasta Krakowa. Na galerię dla publiczności wchodzą kupcy. Usiłują rozwinąć transparent. To Małopolskie Stowarzyszenie Kupców i Przedsiębiorców. Protestują przeciw budowie kolejnego hipermarketu. Przewodniczący rady daje polecenie straży miejskiej, by uspokoiła intruzów.

Listopad 2001 roku. W siedzibie Rady Dzielnicy Bieńczyce tłumne spotkanie. Stacja paliw British Petroleum ustawiła właśnie ogrodzenie i zaczęła wycinkę drzew parku nieopodal trzech bloków mieszkalnych. Spokoju robotników BP pilnuje policja i firma ochroniarska. Spotkanie organizuje rada dzielnicy. Są przedstawiciele BP. Radni mediują i zostaje zawarte porozumienie, mieszkańcy w spokoju rozchodzą się do domów. Nie wszyscy. Niektórzy pod osłoną ciemności idą i rozwalają ogrodzenie. Następnie zajmują plac i ustawiają czujkę na pobojowisku, wśród ocalałych jeszcze przed wycinką drzew. Po kilku dniach okazuje się, że władze miasta, które przez 5 lat nie zwracały uwagi na łamanie prawa przez koncern BP i spółdzielnię mieszkaniową, nagle doszukały się nieprawidłowości przy udzielaniu pozwolenia na budowę. Jedna mała akcja bezpośrednia, a tak wiele zmian w mentalności decydentów...

9 listopada 2001 roku, godzina 14.50. Dyżur zaczynam o 15. Przyjeżdżam tramwajem na ulicę Kościuszki 58 w Krakowie. Pod bramą kamienicy czekają już trzy zziębnięte osoby. Starsi ludzie, jedną panią już znam, to pani Irena. Wchodzimy razem na pierwsze piętro. Pani Irena przyszła do mnie, chyba po raz trzydziesty, po poradę i pomoc. Pozostali - już zajmują sobie kolejkę na dyżur prawnika, który zaczyna się o godzinie 17. Mają problem z czynszem w kamienicy prywatnej. Przyjmą ich prawnicy ze Stowarzyszenia Lokatorzy w Obronie Prawa. Za chwilę korytarz wypełnia się tłumem ludzi zagrożonych eksmisjami.

W Teatrze Słowackiego w Krakowie wielka gala. Prezydenci, ministrowie, posłowie. Wręczane są nagrody Pro Publico Bono. Dla najlepszych z najlepszych wśród organizacji pozarządowych. Wiele razy padają słowa o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Nie ma tam ani kupców, ani tych z Ronda Kocmyrzowskiego, ani organizacji lokatorskich. To całkiem inna kategoria. Jakbyśmy mieli dwa społeczeństwa obywatelskie.

Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego zadomowiło się w myśli socjologicznej i politycznej niejako w dwu nurtach. Pierwszy z nich to tradycja konserwatywna, republikańska, tradycja komunitariańska i dystrybucjonistyczna, w dużej mierze wykorzystana dziś w społecznej nauce Kościoła. Wartość takiego społeczeństwa opisał w XIX wieku Alexis de Tocqueville w swym słynnym dziele "O demokracji w Ameryce". "Niezależnie od wieku, pozycji i poziomu umysłowego Amerykanie nieustannie się stowarzyszają. Mają nie tylko towarzystwa handlowe i przemysłowe, do których należą wszyscy, ale również mnóstwo innych: istnieją stowarzyszenia religijne i moralne, stowarzyszenia o poważnym i błahym charakterze, stowarzyszenia zajmujące się ogólnymi i bardzo szczegółowymi sprawami, stowarzyszenia wielkie i małe. Amerykanie stowarzyszają się w celu organizowania zabaw, tworzenia seminariów, budowania zajazdów, wznoszenia kościołów, rozpowszechniania książek, wysyłania misjonarzy na antypody. W ten właśnie sposób zakłada się w Ameryce szpitale, więzienia, szkoły. Amerykanie stowarzyszają się również i po to, by głosić jakąś prawdę lub przez dostarczenie przykładu rozwijać w społeczeństwie jakieś uczucia".

W Europie natomiast ideał takiego społeczeństwa, wywiedziony z tradycji rzymskich cnót obywatelskich i demokracji ateńskiej, odzywał się wielokrotnie w historii. W Polsce znany był w idei demokracji szlacheckiej, szlacheckiego republikanizmu (co odczytał na swój sposób Mickiewicz w wykładach w College de France).

Jakie są cechy tego społeczeństwa? Na gruncie polskim opisał je chyba najlepiej Feliks Koneczny, kreśląc ideał państwa opartego na cywilizacji łacińskiej:

"Państwo w cywilizacji łacińskiej jest państwem obywatelskim a nie biurokratycznym. Głównym bowiem motorem urządzeń państwowych ma być personalizm; inaczej wytworzy się państwowość przeciwna cywilizacji łacińskiej i nastanie rozstrój pomiędzy państwem a społeczeństwem.

Równowaga wielkich zrzeszeń jest w cywilizacji łacińskiej równowagą ruchomą. Polega na tym, żeby społeczeństwo mogło się rozwijać w coraz większym i dokładniejszym zróżniczkowaniu, a państwo żeby było oparte mniej więcej jednakowo na wszystkich warstwach społecznych. Spojrzawszy na ten problem z drugiej strony, spostrzegamy, że to zależy od tego, żeby każda warstwa społeczna odczuwała jednakowo pożytek z państwa, żeby doznawała konkretnie tego pożytku. Możebnym to jest tylko w państwie obywatelskim, przy samorządach.

Społeczeństwo powinno wprawdzie w cywilizacji łacińskiej być jak najmniej zawisłym od państwa, lecz nie wynika z tego, żeby miał zachodzić stosunek odwrotny pomiędzy siłą państwa a siłą społeczeństwa. (...) Roztropność polityczna każe nie zapominać ani na chwilę o źródle siły politycznej, tj. o wzmacnianiu siły społecznej ("Prawa dziejowe").

"Obywatelskość państwa polega na tym, że obywatele nie tylko posiadają jak najszerszy samorząd, co musi być połączone z decentralizacją, ale nadto jak największa część funkcyj administracji publicznej zdana jest na instytucje obywatelskie, nie urzędnicze; państwo obywatelskie nie znosi w ogóle biurokracji i nie da się żadną miarą z nią pogodzić".

"Tylko obywatelskie państwa zdołają wytworzyć stosowną dla nowych czasów ilość siły społecznej; biurokratyzm bowiem nie tylko nie może jej wytwarzać, lecz musi ją psuć i osłabiać. Tylko bez biurokracji przyspieszyć można chyżość historyczną, gdyż biurokracja opóźnia i tamuje wszelki rozwój społeczny, pchając społeczeństwo tym samym do rewolucyjności" ("Polskie Logos a Ethos").

Tradycyjne społeczeństwo obywatelskie ma nawet swojego wieszcza. Cyprian Norwid doskonale odczytał szanse i zagrożenia społeczne nowożytności, wskazując potrzebę budowania społeczeństwa, opartego na rozumnych więziach, nie na uczuciach.

W wieku XX karierę zrobiło jednak drugie, równoległe rozumienie społeczeństwa obywatelskiego. Tradycja liberalna zaczęła dostrzegać wartość więzi wspólnotowych, traktując je jako zabezpieczenie praw jednostki. Więzi społeczne, w pierwszej tradycji traktowane jako wartość sama w sobie, tu zaczęły spełniać rolę utylitarną. Wręcz ekonomiczną - ostatnio robi w ekonomii karierę pojęcie kapitału społecznego lub kapitału relacyjnego, czyli dodatkowego zysku płynącego z więzi międzyludzkich, wzajemnego zaufania i poziomego przepływu informacji. Opłaca się inwestować we wspólnotę. To przynosi zyski. Opłaca się pielęgnować więzi. To zabezpiecza. Opłaca się zdobyć przyjaciół. To pomaga w karierze. W ten nurt wpisują się modne ostatnio prace Roberta T. Putnama. Wskazuje on rolę, jaką relacje obywatelskie odegrały w rozwoju ekonomicznym Północnych Włoch. Ten sam autor opisuje kryzys społeczeństwa obywatelskiego w Stanach Zjednoczonych, wskazując błędy w jednostronnym, indywidualistycznym rozwoju demokracji liberalnej. Ostatnio, w nieco humorystycznej i prostackiej formie objawiło się to w dyskusjach wokół zagrożenia, za jakie uznano osobę Andrzeja Leppera. Liberałowie prześcigają się teraz w wymyślaniu, jak rozbudować sferę socjalną "jako liberałowie" bo inaczej, to przyjdzie "tysiąc Lepperów" - cytat z wypowiedzi radnego Krakowa z Unii Wolności, byłego dyrektora banku, podczas debaty budżetowej.

Spory politologów na temat społeczeństwa obywatelskiego dotyczą rozstrzygnięcia, czy jest ono pożyteczne dla demokracji i siły państwa. Przeciwnicy tego rodzaju struktur, jak stowarzyszenia, spółdzielnie, grupy samopomocy i niezależnej informacji, poziome struktury społeczne oraz samorząd twierdzą, że rozrost tych struktur prowadzi do anarchii. Osłabia bowiem siłę państwa. Nie ma też zgody, czy społeczeństwo obywatelskie obejmuje takie dwie instytucje jak partie polityczne i rodziny. Sztuczne wprowadzanie więzi społecznych o charakterze obywatelskim, jeśli służy osłabieniu tradycyjnych więzi wspólnotowych, może być też powodowane chęcią inżynierów społecznych do rozmontowywania państw, osłabienia rodziny i usunięcia partii politycznych z decydowania o państwie. Wiemy dobrze, że przeciwnikami partiokracji są nie tylko tak zwani zwykli obywatele, ale też niedemokratyczna oligarchia finansowa i magnaci medialni.

Musimy więc zdawać sobie sprawę, że hasło "społeczeństwo obywatelskie" nie zawsze znaczy to samo i szermowanie nim nie zawsze służy dobru.

Polska obywatelska AD 2001

 

Jak się to wszystko ma do Polski AD 2001? W samym Krakowie doliczyć się można chyba z dwu tysięcy zarejestrowanych stowarzyszeń. W książce telefonicznej znajdziemy nie więcej niż sto. Jaka część z nich to stowarzyszenia naturalne, tradycyjne, a jaka została sztucznie wyhodowana do różnych celów? Ile istnieje tylko dlatego, że korzysta z przywilejów niedostępnych wszystkim grupom zorganizowanym? Ile zostało utworzonych tylko do przerobu pieniędzy publicznych? Ile to zakamuflowane "biznesy"? Ile to zakamuflowane przybudówki partyjne?

Samo rośnie

To nieprawda, że społeczeństwo obywatelskie nie istniało w Polsce w okresie komunizmu. Podlegało oczywiście znacznym ograniczeniom politycznym, ale w granicach lokalnych, nieszkodliwych dla systemu było tolerowane. Ochotnicza straż pożarna w takim Osielcu koło Jordanowa doskonale spełniała zadania samopomocy, skupiając większość mężczyzn z liczącej 3 tys. dusz wsi, wyśmiewane dziś w prostackich telewizyjnych kabaretach koło gospodyń z powodzeniem kultywowało tradycje wiejskie. Nie mówiąc o świetnych "wynikach" pracy w wielu parafiach, gdzie organizowała się młodzież oazowa i tworzono kluby inteligencji katolickiej.

Po 1989 roku wolność zrzeszania się ułatwiła przepływ informacji oraz powstawanie fundacji i stowarzyszeń. Tadeusz Szawiel w opublikowanej niedawno książce "Budowanie demokracji" przedstawia wskaźniki stanu społeczeństwa obywatelskiego i wielkości "kapitału społecznego" w Polsce po 1989 roku. Jego zdaniem, nie napawają one optymizmem. Za istotny wskaźnik uważa autor frekwencję w wyborach parlamentarnych, niższą o ok. 20 punktów procentowych niż w krajach Europy Zachodniej. Z kolei jednak do aktywnego wsparcia jakiegoś ugrupowania w wyborach poprzez rozdawanie ulotek (bezinteresowne), ofiarowanie pieniędzy, zbieranie podpisów przyznaje się ok. 4% Polaków, co nie odbiega od podobnych wskaźników w Kanadzie, Niemczech czy USA. Osobiście wpłynąć na sytuację w swojej miejscowości (w różnej formie) próbowało 9% badanych.

Istotny wydaje się odsetek odpowiedzi pozytywnych na pytanie "czy można ufać większości ludzi?". Tylko 9% Polaków odpowiada pozytywnie, podczas gdy aż 37% Amerykanów.

Przynależność do stowarzyszeń jest najciekawszym elementem przytaczanego badania. Jego autorzy twierdzą, że tylko wyniki powyżej 3% ze względu na błąd pomiaru (wynoszący właśnie 3%) powinny być w ogóle brane pod uwagę. Zatem wiarygodne jest to, że 9,3% dorosłych Polaków należy do związku zawodowego, co jest w granicach średniej państw zachodnich. Do stowarzyszeń działkowiczów, hodowców, wędkarzy i myśliwych należy łącznie 5,9% dorosłych w naszym kraju. Organizacje szkolne dla rodziców (zwłaszcza komitety rodzicielskie) skupiają 5,7%. Do organizacji wiejskich (ochotnicze straże pożarne, koła gospodyń, kółka rolnicze) należy 5,5%. Dość niski jest odsetek członków organizacji przykościelnych. Zaledwie 3,6% dorosłych do nich należy (przy blisko 50% regularnie praktykujących, czyli do stowarzyszeń katolickich należy zaledwie co piętnasty chodzący do Kościoła co niedzielę).

W sumie 35% Polaków należy do co najmniej jednej dobrowolnej organizacji (przy ponad 80% w USA). Tylko jednak 3% dorosłych mieszkańców naszego kraju tę przynależność uznaje za ważny element własnej tożsamości. Wskaźniki przynależności do stowarzyszeń sytuują nas na jednym z ostatnich miejsc wśród krajów rozwiniętych. Znajdujemy się jednak w towarzystwie takich krajów jak Włochy, Francja i Japonia, gdzie odsetek nie należących nigdzie jest prawie taki sam (61-65%). Socjologowie tłumaczą to zjawisko silnymi więzami rodzinnymi w tych krajach, nazywając je społeczeństwami "familistycznymi". Członkostwo w stowarzyszeniach, według badań wpływa pozytywnie na prawdopodobieństwo udziału w wyborach i prawdopodobieństwo aktywnego udziału w kampanii wyborczej. Członkowie stowarzyszeń interesują się polityką i cenią sobie demokrację.

Badanie było przeprowadzane w takim zakresie raz, w 1995 roku. Nie badano tych wskaźników przed 1989 rokiem, nie badano zmian w latach 1989-1999. Ilościowe zbadanie przynależności nie daje jednak pełnego obrazu.

Zaczęły się pojawiać bowiem pewne zagrożenia. Jednym z nich jest wypieranie prawdziwych, naturalnych więzi przez sztucznie hodowane na użytek ekonomii i manipulowania ludźmi - struktur społeczeństwa "obywatelskiego". Jednym z największych zagrożeń współczesnej cywilizacji jest bowiem walka nowego sztucznego społeczeństwa "obywatelskiego" z dawnymi naturalnymi więziami.

Dlatego same badania socjologiczne i statystyki przynależności do stowarzyszeń nie odzwierciedlają problemu społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.

Hodowla

Reklama: uśmiechnięty dentysta zachwala kolejną pastę do zębów, która sama myje. Na koniec pojawia się informacja, że pasta zalecana jest przez Polskie Stowarzyszenie Zdrowych Zębów. Stowarzyszenie założyli lub tylko wymyślili na użytek kampanii reklamowej spece od promocji. Potem w telewizyjnych wiadomościach występuje pan D., prezes Stowarzyszenia Promocji Motoryzacji. Właśnie popiera budowę kolejnej nitki autostrady przez park krajobrazowy. W imieniu zmotoryzowanych obywateli. W rzeczywistości pan jest wynajęty przez koncern, który ma zarobić na budowie kilka setek milionów złotych. Stowarzyszenie wymyślili i założyli spece od public relations. Używanie metody "na stowarzyszenie" to stały chwyt promocyjny i lobbystyczny. Przecież to lepiej brzmi i łatwiej chwyta nieświadomych, gdy jakiś temat popiera "społeczeństwo", oczywiście "spontanicznie". Niewiele trzeba. Piętnaście osób, adres, kilka formalności w sądzie rejestrowym i urzędzie skarbowym. Albo tylko 15 osób. Tak zwane stowarzyszenie zwykłe, nierejestrowane.

Program w telewizji. Występuje dwoje ludzi. Pan poseł i pani radna, znana bizneswoman. Oboje odpowiadają na pytania rozszczebiotanej dziennikarki o to, jak pomagają dzieciom przy pomocy swych stowarzyszeń. On o fundowanych w Polsce pobytach dzieci z Litwy, ona o dzieciach ze wsi, które przywozi do Krakowa do parku wodnego, McDonalda i multikina na wycieczkę, żeby zaznały owoców cywilizacji. On jest prezesem stowarzyszenia, do którego składki płacą miasta i gminy, wszystko z naszych podatków. Zatrudnieni z tych pieniędzy ludzie pracują na pozycję pana posła. Ona jest właścicielką parku wodnego i multikina, umówioną z właścicielem McDonalda. Stowarzyszenie wymyśliła ona sama lub wynajęci spece od public relations dla lepszej sprzedaży usług. 15 minut darmowej reklamy w telewizji i codzienne artykuły w lokalnej gazecie.

To tak zwane chwyty bezczelne. Są bardziej subtelne.

Genetyczna manipulacja

Lokale użytkowe w Krakowie mogą być wynajmowane przez władze miasta organizacjom pozarządowym według obniżonych stawek czynszowych. Korzysta z tego przywileju około 150 organizacji. Reszta - bez dróg dojścia do władzy albo z poczuciem obrony własnej niezależności - boryka się z niezapłaconymi rachunkami, gnieździ na godziny w ciasnych pokoikach lub lokuje kątem w prywatnych mieszkaniach prezesów. Nieszkodliwi wariaci, którzy z jakichś powodów uznają, że lepiej jednak się organizować. Sprawa lokalu to być albo nie być dla organizacji. Udostępnienie przez władze lokalu z czynszem 3 zł za metr oznacza w rzeczywistości dotację dla uprzywilejowanej organizacji w wysokości 1-2 tys. zł miesięcznie. Są i takie, które w czasie różnych kolei historii PRL i III Rzeczypospolitej uzyskały możliwość pobierania czynszu od kamienic będacych własnością państwa lub miasta, podnajmowanych komercyjnie. Te organizacje są prawdziwymi krezusami. Taki NOT (Naczelna Organizacja Techniczna) zajmuje w Krakowie budynek o powierzchni 600 m2, z którego większość podnajmuje firmom ubezpieczeniowym i komercyjnym biurom. W gruncie rzeczy organizacja taka to prawdziwa firma, z zyskiem i dziesiątkami etatów. Dlatego w rzeczywistości organizacje należy podzielić na te, które nie mają przywilejów lokalowych i te, które z nich korzystają.

Oczywiście jest pewna grupa stowarzyszeń i fundacji, która dorobiła się majątku bez korzystania z przywilejów i jest na własnym lub ten majątek odzyskała po okresie PRL. Te funkcjonują najlepiej. Dopiero bowiem posiadanie majątku, a nie przywileje i dostęp do bieżącego finansowania powoduje, że organizacja uzyskuje trwałość instytucjonalną i jest zdolna przetrwać swych założycieli.

Granty międzynarodowe dawane są zazwyczaj na cele, które słabo przystają do celów polskiego społeczeństwa. Pieniądz na feminizm, propagandę europejską lub propagandę tolerancji, walkę z ksenofobią i nietolerancją, na małe ojczyzny - jest. Na dużą ojczyznę, tj. na przykład wzmacnianie struktur państwa, rzeczywiste zwalczanie bezrobocia, na pomoc prawną dla najbiedniejszych, na walkę z korupcją w urzędach, która wymaga niemałych nakładów i wiedzy - najczęściej nie ma nic. Daje się zauważyć ideologizowanie pomocy przez zachodnich donatorów. Niektórzy z kolegów prezesów wyspecjalizowali się w "podrasowywaniu" projektów pod oczekiwania zachodnich fundacji. Rzeczywiście wykorzystują pieniądze na dobre cele, ale dodają parę haseł feministycznych lub europejskich, by zaspokoić oczekiwania ideologiczne sponsorów.

Granty rządowe bardzo często uzależnione są od politycznego patronatu, granty lokalne to bardzo często funkcja osobistych powiązań. Z takich pieniędzy dobrze żyje armia ludzi. Ostatnio zorientowaliśmy się, że z powodu bezrobocia, istotne nie jest to, czy przedsięwzięcie daje zysk, tylko - ilu i jakim ludziom da zatrudnienie. Dyskusja nad Fundacją Bezpieczny Kraków tworzoną przez AWS-owskie władze Krakowa z pieniędzy budżetowych pokazała, że zarzuty prasy i opozycji koncentrują się na tym, iż tworzy się instytucje dla kilku posad, na przetrwanie dla bezrobotnych polityków. Fundację przezwano nawet "Bezpieczne Przetrwanie". Etat w stowarzyszeniu lub fundacji, dofinansowanej z budżetu miasta, powiatu, funduszu lub ministerstwa stał się łakomym kąskiem.

Formuła społeczeństwa obywatelskiego

Związek pomiędzy zamożnością obywateli a strukturami społeczeństwa obywatelskiego jest oczywisty. Społeczeństwo bezrobotnych, w sytuacji, kiedy funkcjonowanie każdej organizacji to wydatki miesięczne od 500 do 2000 zł, nie wyda z siebie bogatego plonu obywatelskiego. Nawet przyjazd na zebranie raz w miesiącu staje się dla wielu problemem. Rok po roku wzrastają koszty funkcjonowania tych struktur. Już teraz niewiele może sobie pozwolić na zatrudnienie kogokolwiek, ze względu na ZUS-owski przymus komputerowy. Procedury sądowe i skarbowe są coraz bardziej nieprzyjazne. Za kilka lat na placu boju pozostaną tylko ci z przywilejami i ci, którzy zdołają pozyskać pieniądze z grantów albo ci, którzy w ostatnich kilkudziesięciu latach uzyskali majątek w postaci nieruchomości.

Złe organizacje wypierają dobre. Wkrótce skończy się okres heroiczny i zacznie panowanie pragmatycznie zorientowanych. Z tym, że bez tych, którym przyświeca szlachetna idea i bez tych zdolnych do poświęceń, będziemy mieć do czynienia tylko z biurokratyczną machiną "społeczeństwa obywatelskiego", zabezpieczeniem oligarchii finansowej przed wybuchami społecznymi niezadowolonych.

Zakończenie

Za dwa miesiące wyprowadzamy się z lokalu. Nie stać nas, to jest czterech stowarzyszeń, na utrzymanie osiemdziesięciu metrów lokalu w niewielkiej odległości od centrum Krakowa. Właścicielka żąda 2100 zł. Szukamy czegoś za 500 zł. Będzie to dwadzieścia metrów, nie bardzo zmieścimy się na zebraniu.

Skreślamy 20 osób za niepłacenie składek. Trudno. Jeśli ktoś nie znalazł nawet 3 złotych miesięcznie przez dwa lata, to szkoda wysyłać do niego zawiadomienia o walnym zebraniu. Znaczek pocztowy kosztuje złotówkę. Jakoś musimy sprawdzać, czy ktoś dalej chce i czy go jeszcze stowarzyszenie obchodzi. Zatrzymujemy tych, co od czasu do czasu, nawet z opóźnieniem coś kapną. Albo przyjdą popracować. Trzeba umyć okna w biurze, pozamiatać, wynieść śmieci. Rozdać na przystanku pod LOT-em 100 sztuk naszego biuletynu. Do stowarzyszenia ciągle ktoś się zapisuje. Zapisało się tak w ciągu pięciu lat ponad 430 osób. W ciągu tych samych pięciu lat stopniowo wykruszyła się co czwarta. Od początku w Stowarzyszeniu jest 47 osób. Tyle wytrwało przez pięć lat.

Jadę do drukarni. Na dyskietkach - kolejny numer naszego biuletynu, już 125 w ciągu ostatnich czterech lat. Miał to być tygodnik. Ale jak łatwo obliczyć, rocznie wychodzi nie więcej niż 31 wydań. Trochę więcej niż dwutygodnik - tysiąc egzemplarzy nakładu. Cztery strony A-4, czarno-białe. To koszt 150 zł. Nie płacimy wierszówek, nie płacimy za skład i łamanie. Sam druk. Rozdajemy bezpłatnie. Prenumeratorów mamy dwóch: jeden z Krakowa, drugi z Ostrowca Świętokrzyskiego. Ci dwaj wpłacają nam co kwartał 30 złotych na konto. Bank z tego potrąca po 4 zł, za wpłatę. Bezpłatnie rozdajemy nasze dzieło na przystankach i pod kościołami w niedzielę, ludzie sobie wyrywają, jak się pojawimy. Czasem jakaś pani wciśnie 2 złote "bo przecież to was coś kosztuje". Jedna na tysiąc. To jedyna niezależna, bezpłatna gazeta w 750-tysięcznym. mieście, która ukazuje się tak długo regularnie i nie jest wspierana przez żadną instytucję kościelna lub samorządową. Utrzymywana wyłącznie przez członków stowarzyszenia. Takie hobby. Przed dwoma laty złożony wniosek o grant z zachodniej fundacji nie znalazł poparcia. Konsultantem projektu w Polsce dla tej fundacji okazała się była urzędniczka krytykowana na łamach biuletynu za marnowanie pieniędzy publicznych... Rozeszłoby się z powodzeniem dziesięciokrotnie więcej nakładu. Ale nie będzie większy. I żadnej nagrody Pro Publico Bono.

Idę do banku. Znowu podnieśli opłatę za prowadzenie konta. Musimy je mieć, bo niektórzy wpłacają składki i darowizny na konto i jakby nam się wreszcie trafił jakiś grant... Ale trzydzieści pięć złotych co miesiąc to dotkliwy ubytek. Komputera i faksu nie mamy, odkąd nieznani sprawcy w 1999 roku obrobili nam lokal. Podejrzewaliśmy służby specjalne, starej albo nowej daty, ale może to zwykłe złodziejaszki. Fakt faktem, że nasza szkodliwość dla systemu trochę zmalała po tym wydarzeniu. Już się nie dorobiliśmy kolejnych urządzeń. Pracujemy na sprzętach domowych. Z nich zwołujemy konferencje prasowe, jakieś dwadzieścia rocznie. Po nich było z trzysta publikacji i wywiadów radiowych i telewizyjnych w ciągu pięciu lat. Dziennikarze lubią do nas przychodzić - zawsze jest przygotowany materiał do wykorzystania. I z tematami nie najgorzej. Byle przetrwać kolejny rok.

Piszę kolejny wniosek o grant z zachodniej fundacji. Ze składek 111 osób wpływa miesięcznie nie więcej niż 300 zł. Zachodnia fundacja ogłasza się w Internecie, że wspiera struktury społeczeństwa obywatelskiego... Tylko kogo tym razem mają za konsultanta do spraw polskich?

Barbara Bubula

Barbara Bubula (PIS), Posłanka na Sejm RP, z okręgu 13, Wybory 2005, Prawo i Sprawiedliwość

    BARBARA BUBULA
    www.bubula.pl
    Administrator strony - tel. 510 985 549