|
Miasta
dla ludzi
Rozmowa
Barbary Bubuli z dr. Jackiem Wesołowskim
Napisał
Pan w swojej książce, że planowanie przestrzenne jest
emanacją społecznej świadomości.
J.W.:
Kiedy jedziemy przez Europę, gołym okiem widać, że są
kraje, w których zabudowa i funkcje poszczególnych
terenów są uporządkowane, zwarte, racjonalne.
To kraje germańskie, od Skandynawii po Szwajcarię. I
są kraje takie, jak Włochy. Gdy jedzie się pociągiem
z Neapolu do Reggio, to ma się wrażenie, że cały czas
wędrujemy wzdłuż jednego miasta-przedmieścia. Planowanie
przestrzenne oznacza pewne ograniczenie wolności jednostki,
aby społeczeństwo mogło korzystać z przestrzeni. Istnieją
kraje, gdzie świadomie wykorzystuje się pewne elementy
w świadomości społecznej, np. w krajach anglosaskich
od XVIII w. ukształtował się krytyczny stosunek do miasta
jako miejsca, w którym brakuje powietrza, jest
ciasno, brudno i niezdrowo. I wykorzystano to, promując
budownictwo niskiej intensywności, przedstawiane jako
wyższy poziom cywilizacyjny. W świadomości Amerykanów
domek z ogródkiem stał się więc ideałem, do którego
się dążyło. Za to się dziś płaci, bo miasta amerykańskie
zajęły ogromne przestrzenie. Ale była to kwestia wyboru
tamtego społeczeństwa.
Czyli
nie uważa Pan miast amerykańskich za gorsze od np. niemieckich?
J.W.:
Mój wzorzec idealnego miasta jest inny. Jeśli
uznamy, że względy estetyczne są ważne, to oczywiście
amerykańskie są gorsze. Martwe śródmieścia, niezabudowane
kwartały, ogromna skala, niesamowite dystanse do pokonania.
Wolę Szwajcarię, która też nie jest krajem biednym,
a ma piękne miasta. Są one ukształtowane w ludzkiej
skali, nie ma tam ostrych antagonizmów społecznych,
kontrastów, napięć. Bo nie można zapominać o
tym, że z ukształtowania przestrzeni w danym kraju,
zwłaszcza w miastach, można wnioskować o typie konfliktów
społecznych na danym terenie.
Istnieje
więc sprzężenie zwrotne pomiędzy tym, jak wyglądają
miasta i jak wygląda życie społeczne w danym kraju?
J.W.:
Wygląd miast jest ściśle związany z kulturą danej społeczności.
Od tej kultury zależy oblicze miast i odwrotnie, poziom
tej kultury, jej kierunek rozwoju, zależy w dużym stopniu
od wyglądu miast. Przy czym należy pamiętać, że nie
ma to nic wspólnego z zamożnością. Jest oczywiste,
że w Europie niezwykłe znaczenie ma ochrona zabytków
- nie tylko poszczególnych zabytkowych budynków,
ale także przestrzeni, krajobrazu, poczucia ciągłości,
tradycji. Europa jest mniej podatna na innowacje. Ale
- co chyba najważniejsze - przestrzeń dostarcza mieszkańcom
Europy atrybutów tożsamości, czują się wrośnięci
w dany pejzaż, związani ze swoją rodzinną okolicą. Amerykanie
ukształtowali kulturę, w której człowiek nie
jest w ten sposób związany z konkretną przestrzenią,
ich sposób życia charakteryzuje się dużą mobilnością.
Polska
dzisiaj wydaje się podążać za wzorcem amerykańskim,
z dominacją samochodu w przestrzeni. Motoryzacja indywidualna
stała się najważniejszym czynnikiem planowania przestrzennego.
Opinia publiczna nie jest świadoma, do czego prowadzi
chaos w planowaniu i podporządkowanie rozwoju miast
samochodom.
J.W.:
Też mam takie wrażenie. Większość architektów
i urbanistów przede wszystkim zarabia na życie.
Starają się schlebiać gustom wszystkich, zatem plany
są nijakie, albo - co gorsza - podporządkowane ogólnym,
szkodliwym wyobrażeniom o tym, co jest dla danego terenu
"korzystne". Jeśli urzędnicy uznają, że zrobią
biznes na działkach zabudowanych, to planuje się długi
pas zabudowy komercyjnej po obu stronach drogi. Potrzeba
naprawdę silnej osobowości i autorytetu urbanisty oraz
świadomości tego, jak powinno wyglądać osiedle czy miasto,
by przekonać lokalnych polityków do dobrego planu
przestrzennego. Niestety, urbanistyka stała się w Polsce
pustą procedurą biurokratyczną. Dopiero interwencje
zewnętrzne, np. konserwatora zabytków pozwalają
uratować niektóre tereny przed chaosem lub niekontrolowaną
zabudową.
Konieczna
jest zatem popularyzacja problematyki planowania przestrzennego
wśród polskich obywateli, polskiej opinii publicznej.
J.W.:
Wróciłbym do kwestii estetycznych. Jeśli większość
stawianych w Polsce płotów to betonowe koszmarne
prefabrykaty w stylu "rokokowym", to oznacza,
że społeczeństwo nie ma wyrobionego podstawowego zmysłu
estetycznego. Tu wyraźnie negatywnie odróżniamy
się nie tylko od Niemców, ale i Czechów
czy Słowaków. U nas każdy chce się wyróżniać
i stąd estetyczna kakofonia. Nie ma zmysłu ochrony dobra
społecznego, podporządkowania się pewnemu wzorcowi,
umiaru, prostoty. Bierze się to z długich okresów
braku państwowości w ostatnich 200 latach, co potwierdza
pewnie tezę o kulturowym charakterze planowania przestrzennego.
Przy
takim stanie świadomości, presja indywidualnego transportu
jest coraz dotkliwsza. Zachodzą nieodwracalne zmiany
w kształcie urbanistycznym Warszawy, Krakowa, Łodzi.
J.W.:
Wśród osób zamożnych kształtuje się obecnie
nowy model życia miejskiego, zaczerpnięty z hollywoodzkich
filmów. Presja używania samochodu jest bardzo
duża - tak duża, że nie dopuszcza do głosu argumentów
za interesem publicznym. Użytkownicy samochodów
albo zatracili już świadomość, że miasto jest czymś
wspólnym, a nie tylko zbiorem ulic dla ich prywatnego
samochodu, albo tę świadomość od siebie odsuwają. Rzeczywiście
jest tak, że potrzeby transportowe stały się obecnie
podstawowym czynnikiem kształtującym przestrzeń, zwłaszcza
w miastach poprzemysłowych, takich jak Łódź.
Niektórym
marzy się na przykład modelowe centrum bez mieszkań.
Tymczasem brak inwestowania w śródmieście, usuwanie
się z niego lepiej sytuowanych mieszkańców, czyni
z tego obszaru miejsce upadku społecznego i technicznego,
kamienice zamieniają się w rudery, następuje erozja
miasta. Z kolei te rudery wyburza się, już nawet nie
dlatego, że poszerzane są ulice (na to na razie miasta
nie stać), ale dla miejsc parkingowych. Śródmieście
ulega erozji. Rośnie atrakcyjność obrzeży, a nawet komunistycznych
blokowisk. Mamy więc klasyczny objaw znany z miast amerykańskich,
tzw. urban sprawl, czyli rozpełzania się miasta.
To,
czym Łódź się różni, to tempo przemian,
bo kierunek jest podobny: mamy już degradację śródmieścia,
powszechną motoryzację, brak jeszcze tylko (i oby jak
najdłużej) "domu dostępnego" dla większości.
Poprawa w gospodarce może to "diabelskie koło"
dezurbanizacji rozpędzić nieodwracalnie. Skoro prawie
nikt nie chce zamieszkać w śródmieściu, to co
z tego, że np. w Łodzi można by stworzyć świetne, oryginalne
miejsca do zamieszkania w byłych fabrykach, których
jest w centrum mnóstwo. Na razie zamiast tego
wymyślono, by budować tam centra handlowe. Nie ma pomysłów,
jak umiejętnie wtopić te tereny poprzemysłowe w tkankę
miasta, zachowując ich walory, a miastu nie szkodząc.
Błędna polityka polega na stwarzaniu inwestorom dogodnych
warunków do inwestowania przede wszystkim na
obrzeżach, nawet samo miasto jest od dawna jednym z
takich budowlanych przedsiębiorców.
A
co z mieszkańcami centrów miast?
J.W.:
Nie jesteśmy w stanie nigdzie tych ludzi z kamienic
śródmiejskich przenieść, nie stać nas na to.
Jeśli nastąpi erozja śródmieść, zawsze ktoś za
to zapłaci - zapłacą bezpośrednio oni, bo będą nękani
hałasem i spalinami. Ale zapłacą też wszyscy, bo pozbędą
się przyjaznego ludziom i bezpiecznego śródmieścia.
Pomijając
względy estetyczne czy ekonomiczne - taka polityka nie
ma nic wspólnego z solidaryzmem społecznym, tradycyjnym
w Europie. Weźmy za przykład Wiedeń, który postawił
na szeroki zakres budownictwa komunalnego. Nie chcą
budować gett, więc dbają o to, by nowa zabudowa, również
śródmiejska, miała zróżnicowany standard.
Tam to jest możliwe, bo do erozji nie dopuszczono. Tymczasem
podporządkowanie miast samochodom powoduje powstawanie
gett. Ciekawe, że w Polsce jest ogromna rzesza właścicieli
kamienic, którzy głośno domagają się podwyżek
czynszów, ale żaden z nich nie krzyczy o potrzebie
humanizowania przestrzeni w centrum. A to przecież w
przyszłości także od tego zależy, czy ktokolwiek zamożniejszy
w tych kamienicach będzie chciał mieszkać! Właściciele
nieruchomości powinni być sojusznikami państwa w planowaniu
przestrzennym, a tak w Polsce nie jest. Mamy więc podstawowe
luki w społecznej świadomości.
Rozrost
przestrzenny to ogromne koszty budowy i utrzymania infrastruktury.
Drogi, parkingi, estakady, doprowadzenie wody, odprowadzenie
ścieków, ciepłociągi - za to wszystko płacimy
z podatków.
J.W.:
Płacimy też zawyżone stawki za świadczenia. Jednorodzinne
suburbia i osiedla na peryferiach zaprojektowane "tyłem"
do tramwaju lub autobusu generują ruch samochodowy -
najbardziej terenochłonną formę przemieszczania się.
Obliczono, że samochód wymaga posiadania 20-25m2
wolnej przestrzeni do zaparkowania. Automatycznie prowadzi
to do przebudowy struktury centrum. Następuje spłaszczenie
funkcji przestrzeni - już jej na cokolwiek innego poza
samochodami nie starcza. Zwiększają się dystanse: daleko
jest do sklepu, szkoły, pracy. To ma swoje koszty.
Ale
w Polsce każdy chce wszędzie dojechać własnym samochodem.
J.W.:
Politycy i urbaniści są oczywiście zobowiązani do zapewnienia
ludziom dojazdu, ale nie musi być to dojazd własnym
samochodem! W latach 60. zeszłego wieku pierwszym, który
zwrócił uwagę na związek pomiędzy motoryzacją
a miejską przestrzenią był Brytyjczyk Colin Buchanan.
Stwierdził on, że nie da się równocześnie zwiększać
liczby podróży samochodem i zachować tradycyjnej
struktury miast. Wszyscy potraktowali to jako zaproszenie
do radykalnej przebudowy, do tworzenia nowych tras komunikacyjnych,
poszerzania liczby miejsc parkingowych itp. Buchanan
wtedy zaprotestował. Stwierdził, że pokazana przez niego
zależność ma jedynie służyć temu, by świadomie przyjmować
założenia, jak wyglądać ma miasto. Jeśli się chce podporządkować
je samochodom - to wtedy trasy, mosty, estakady, parkingi.
Jeśli się chce, by było bardziej tradycyjne, wielofunkcyjne,
spokojne, czyste - to wtedy nie wolno ustępować przed
presją samochodów i należy wprowadzić dla nich
ograniczenia. Istota problemu jest więc znana już niemal
od półwiecza. I rzeczywiście, wiele miast zachodniej
Europy poszło w tym drugim kierunku, zdały one sobie
sprawę z kosztów niekontrolowanego rozwoju motoryzacji
i z konsekwencji utraty tożsamości miast. W USA refleksja
także poszła w tę stronę - chociaż niewiele to dało
w praktyce. "Śmierć i życie wielkich miast amerykańskich"
- książka Jane Jacobs z 1961 r. rozpoczęła krytykę modernistycznego
rozwoju miast opartego na monofunkcji, zabudowie przedmieść
i użyciu samochodu. Znamienne, że książka ta, zupełnie
podstawowa dla urbanistyki, nigdy nie została przetłumaczona
na język polski. Cały problem polega więc na dokonaniu
wyboru. Wydaje się, że znacznie bardziej wynika on z
przesłanek kulturowych - dominującej hierarchii wartości,
stopnia podziałów społecznych - niż z samego
poziomu technologii i zamożności. Upadek tradycyjnych
miast nie jest nieuchronny - jest wynikiem wyboru! Warto
także mieć świadomość, że nic nie robiąc, najprawdopodobniej
i tak się go dokonuje
Jeśli
założyć, że również w Polsce ukształtowana historycznie
struktura miejska jest wartościowa, to inżynieria transportowa
powinna się do tego dostosować. I trzeba to robić z
głową. Warto przypomnieć konkurs na przebudowę ulicy
Zielonej w Łodzi - to ulica przechodząca przez śródmieście
z linią tramwajową w jezdni, po obu stronach ulicy stoją
zabytkowe kamienice. Była ona stale zakorkowana, więc
projektowano jezdnię od ściany do ściany, bez chodników.
Piesi mieli się przemieszczać podwórzami lub
podcieniami. Czy takie rozwiązanie to utrzymanie substancji
miasta w dobrej kondycji i czy wyeliminuje korki? Wolne
żarty: po prostu zamiast dwóch, będą cztery rzędy
samochodów - kierowcy zaraz odkryją, że tam jest
szerzej. Nigdy nie będziemy w stanie zapewnić wystarczającej
chłonności i przepustowości centrów miast dla
samochodów. Doskonałym dowodem na to jest Warszawa.
Zdawałoby się - piękny przykład miasta modernistycznego,
duże przestrzenie, szerokie trakty komunikacyjne. I
co? Gorzej zakorkowana niż Łódź czy Kraków,
bo w samym centrum. Pół roku temu łódzką
ulicę Zieloną zamknięto dla samochodów, a katastrofy
komunikacyjnej w mieście mimo to nie ma. To też jeden
z cudów mądrzejszej polityki (dość rzadki to
wypadek w Łodzi).
Jaki
kształt transportu jest dla miast optymalny w kontekście
przykładów z innych krajów?
J.W.:
Dostępność centrów można zwiększać tylko rozwijając
transport publiczny i tzw. "miękki" (czyli
ruch pieszo-rowerowy). W miastach szwajcarskich ok.
40% wszystkich podróży w mieście odbywa się z
użyciem transportu publicznego. Kiedy w folderach podaje
się jakiś adres w Zurychu czy Bazylei, to zwykle zaczyna
się od nazwy przystanku i numeru linii. We Francji zaczyna
się od adresu najbliższego parkingu. Czyli z góry
zakłada się, że ktoś tam dojedzie takim środkiem transportu!
To pokazuje sposób myślenia. W miastach amerykańskich,
które są na drugim biegunie, ten współczynnik
kształtuje się nawet poniżej 5%. Porównanie Genewy,
której jest bliżej do Francji, i "bardziej
germańskiej" Bazylei jest wymowne: w Genewie ruch
samochodowy w centrum jest 2-3-krotnie większy. Zurych,
Bazylea i Berno zachowały bardzo klasyczny układ transportu
zbiorowego, z tramwajem jako głównym środkiem
lokomocji - dlatego mogłyby być dla Polski cennym wzorcem.
Tramwaj ma priorytet, może wjeżdżać tam, gdzie nie wolno
samochodom. Ma też pierwszeństwo przejazdu, zabezpieczone
wzbudzaną sygnalizacją świetlną. Kiedy dojeżdża do skrzyżowania,
to odpowiednio wcześniej czujniki zapalają mu światło
zielone, żeby bez przeszkód i zatrzymywania mógł
przejeżdżać. To jest problem organizacji ruchu w mieście.
Wydzielane są torowiska, montowane separatory, które
uniemożliwiają samochodom tamowanie ruchu tramwajów.
W Zurychu ruch kołowy jest spowalniany na wjazdach do
centrum, przez wydłużenie faz na światłach, jeśli czujniki
informują o zbyt dużej liczbie samochodów w jego
obrębie. Stosunkowo mało buduje się obecnie kosztownych
tuneli, wiaduktów i estakad, skrzyżowań bezkolizyjnych.
Ciekawe jest też, że Szwajcarzy jeżdżą głównie
starymi tramwajami, które dowożą ludzi szybko
i sprawnie dzięki przywilejom w ruchu. U nas kupuje
się nowe, które tkwią w korkach.
Co
zatem zrobić, żeby zmieniała się świadomość transportowa
Polaków?
J.W.:
Należy sobie zadać pytanie, czy można przeskoczyć epoki
w rozwoju cywilizacyjnym, czy Polacy mogą nauczyć się
na błędach Zachodu, czy też sami, na własnej skórze
muszą sprawdzić, że to droga donikąd. Większość Polaków,
którzy jeżdżą na Zachód, używa własnych
samochodów, bo taniej. Widzą autostrady, węzły,
skrzyżowania, wiadukty, parkingi. Nie jeżdżą tam pociągiem,
który jest droższy. I nie widzą z bliska życia
w mieście. Nie poznają tej drugiej prawdy o Zachodzie.
Trudno oczekiwać, by w najbliższym czasie znalazły się
pieniądze na edukację w zakresie planowania przestrzennego
miast i roli systemów transportowych. Mimo podstawowych
braków w polskojęzycznej literaturze, nikt nie
wierzy, że publikacje z tego zakresu można "sprzedać".
Potrzebna jest przemiana pokoleniowa, np. w szkolnictwie
wyższym, tam ciągle jeszcze króluje pokolenie
wychowane na modernizmie. Czas będzie zmieniał te postawy,
także w miarę zacieśniania się kontaktów z krajami
zachodnioeuropejskimi. Cały problem, by zanim się to
stanie, nie doszło do nieodwracalnych zmian w strukturze
naszych miast. I tu jest miejsce dla idealistów,
ekologów, dla których te sprawy są ważne,
którzy traktują to jako swoją misję. Ich działalność
na razie będzie odbierana jako szaleństwo, ale muszą
oni z uporem powtarzać prawdę o konieczności kształtowania
w Polsce dobrych, zdrowych miast.
Dziękuję
za rozmowę.
Łódź,
25 października 2002 r.
dr
Jacek Wesołowski (ur. 1962) - architekt, absolwent
Politechniki Łódzkiej, gdzie od 1989 r. jest
adiunktem w Zakładzie Historii Architektury i Konserwacji
Zabytków tamtejszego Instytutu Architektury i
Urbanistyki. Interesuje się problematyką rewitalizacji
miast, dziejami transportu oraz miejską polityką transportową. Barbara
Bubula |