|
Barbara
Bubula
Szkoły
pełne reklam
-
Wiesz, ciocia - oznajmił pewnego dnia mój dziewięcioletni
bratanek Maksiu - chciałbym zostać prezydentem.
-
O, a to dlaczego? - zapytała zaskoczona ciocia, Maksiu
bowiem dotąd mało interesował się polityką.
-
Bo wtedy mógłbym wprowadzić w Polsce całkowity
zakaz reklamy - westchnął chłopiec.
Potem
zaczął wyjaśniać, że reklamy są tak skonstruowane, żeby
utkwić w pamięci człowieka i żeby go nakłonić do kupowania
różnych rzeczy. Porównał mózg człowieka
do pamięci komputera, która zapychana jest różnymi
śmieciami i wirusami z Internetu, aż w końcu komputer
pracuje coraz wolniej i często się zawiesza, a nawet
może się całkowicie popsuć.
Maksiu
ma szczęście. Jego nauczycielka poświęciła trochę czasu
na wyjaśnienie dzieciom, jak działają reklamy i dlaczego
trzeba na nie uważać. Takich pań w polskich szkołach
przydałoby się więcej. Nie ma jednak zbyt wielu gotowych
scenariuszy lekcji na temat reklam, trudno się doszukać
zorganizowanego planu wychowawczego, który dawałby
dzieciom odporność wobec manipulacji dzisiejszego świata
podporządkowanego konsumpcji. Zamiast tego - szkoły
stały się idealnym miejscem na kampanie promocyjne różnych
produktów. W ciągu ostatnich dwóch lat
dziennikarze ujawnili w różnych miastach dużą
liczbę przypadków wykorzystywania szkół
do prowadzenia akcji reklamowych. Chipsy, fast-foody,
lody, coca-cole, kosmetyki przeciwtrądzikowe, jogurty,
podpaski, pasty do zębów - to najczęściej reklamowane
produkty. Oczywiście, do tego dochodzą tradycyjne szkolne
promocje książek, zeszytów i innych rekwizytów
uczniowskich.
Kampanie
reklamowe przyjmują różne formy. Czasem przychodzi
miła pani z panem i - dajmy na to - jakimś sympatycznie
wyglądającym przebierańcem. Dzieci wciągane są do zabawy.
I odbywają się "Lekcje z Actimelem", rozdawanie
dzieciom reklamowanego produktu (chipsów), ustawianie
w szkołach automatów do sprzedaży coca-coli,
montowane są tablice reklamowe wynajmowane różnym
firmom (zysk dla szkoły wynosi... 27 zł za trzy miesiące),
następuje fundowanie podkładek pod myszki - z nadrukowaną
reklamą firmy - do pracowni komputerowych, stojaki na
rowery z napisami reklamującymi produkt. Wszystko to
w czasie i miejscu przeznaczonym na naukę. I najczęściej
- bez wiedzy i zgody rodziców. Rodzice ci zaczynają
się orientować w problemie dopiero wtedy, gdy dziecko
naciąga ich na kolejną wizytę w McDonaldsie lub skłania
do kupna jogurtu Danone, argumentując, że to zdrowe,
bo dowiedziało się o tym w szkole.
Niektórzy
rodzice zdenerwowani praktykami manipulowania dziećmi
i aplikowania im kampanii promocyjnych zamiast lekcji,
zaalarmowali prasę. Zareagowały władze oświatowe i Rzecznik
Praw Dziecka. Kuratorium Oświaty we Wrocławiu umieściło
na swojej stronie internetowej ostrzeżenie dla dyrektorów
przedszkoli, szkół podstawowych i gimnazjów,
przygotowane przez Czesławę Konarską, dyrektorkę Wydziału
Nadzoru Kształcenia Podstawowego i Gimnazjalnego. Przypomniano
wypracowane w 2001 r. zasady, według których
w szkołach i przedszkolach nie powinny być prowadzone
akcje o charakterze promocyjno-reklamowym. Jak bowiem
widać, dyrektorzy wielu szkół o zasadach z 2001
roku zapomnieli już w roku 2002 i 2003.
W
monicie kuratoryjnym możemy znaleźć także zasady, według
których reklama może się pojawić w szkole "w
wyjątkowych przypadkach". Te przypadki to kampanie
akcentujące zdrowy styl życia, aprobowany przez całą
społeczność szkolną. Zamiar wprowadzenia takiej kampanii,
zdaniem wrocławskiego kuratorium powinien być poprzedzony
analizą skutków pozytywnych i negatywnych. Zawarcie
umowy z firmą reklamową poprzedzać ma decyzja zespołu
w składzie: dyrektor szkoły, przedstawiciele rady pedagogicznej,
rady rodziców i samorządu uczniowskiego. Wprowadzenie
reklamy ma być poprzedzone - podczas lekcji wychowawczych
- przygotowaniem uczniów do właściwego jej odbioru,
a w umowie z reklamodawcą powinna się znaleźć klauzula,
że umowa może być rozwiązana natychmiastowo w przypadku
wprowadzenia do kampanii treści "niezgodnych z
programem wychowawczym szkoły". Wrocławskie kuratorium
uznało za niedopuszczalne wyrażanie zgody na prowadzenie
na terenie szkół "wzmożonej działalności
reklamowej" w formie promocji i rozdawania określonych
produktów. Zwróciło też uwagę dyrektorom,
by zainteresowali się działalnością reklamową prowadzoną
przez ajentów sklepików szkolnych.
Tymczasem,
mimo zakrojonej na szeroką skalę akcji sprzeciwu - nadal
w wielu szkołach wiszą tablice reklamowe, nadal montuje
się automaty z batonami i colą, nadal dziesiątki agencji
reklamowych oferują swe usługi w zakresie wchodzenia
z kampaniami do szkół. Oferuje się do sprzedaży
m.in. powierzchnię reklamową wewnątrz budynków
szkolnych: na elektronicznych panelach informacyjnych,
panelach podświetlanych, tablicach reklamowych, banerach,
podkładkach pod myszki w pracowniach komputerowych,
informuje o możliwości dystrybucji w szkołach pocztówek
reklamowych.
Dr
Dorota Kubicka z Instytutu Psychologii Uniwersytetu
Jagiellońskiego, zajmująca się psychologią wychowania
i psychologią rozwojową, uważa, że reklama wobec dzieci
nie powinna być w ogóle stosowana, gdyż dziecko
nie potrafi rozróżnić informacji o produkcie
od perswazji i wszystko, co słyszy na jego temat bierze
"za dobrą monetę". Mali odbiorcy nie potrafią
realistycznie wartościować świata i są niezwykle podatni
na sugestie. Stosowanie wobec dzieci zmasowanego, przygotowanego
"ataku" w kampaniach reklamowych, z użyciem
autorytetu szkoły i nauczyciela, można uznać za swoiste
nadużycie. Zdaniem dr Kubickiej, w szkole po prostu
nie ma miejsca na promowanie jakiejkolwiek firmy, bo
to ogranicza możliwość decydowania przez dziecko, natomiast
narzuca mu wybór bez możliwości obrony. Oczywiście,
konieczne jest organizowanie lekcji, podczas których
dzieci uczą się, czym jest reklama i w jaki sposób
należy ją przyjmować. Jednak takie lekcje są z natury
mniej atrakcyjne niż same reklamy, działające poprzez
emocje i obrazy. Nie powinniśmy się więc "rozgrzeszać",
że zaaplikowaliśmy dziecku pogadankę o szkodliwości
reklam i potem możemy wpuścić na teren szkoły hostessy
promujące jogurt czy lody.
Obecność
reklamy w szkole ma także, zdaniem psychologa, dodatkowy
negatywny wpływ. Często dochodzi bowiem do sytuacji,
w której dzieci zostają wprowadzone w stan sceptycyzmu
i rozczarowania, gdy odkrywają, że ich rozbudzone przez
reklamy pragnienia nie mogą być zrealizowane, a także,
gdy przekonują się, że świat rzeczywisty nie jest tak
doskonały jak ten oferowany w "promocji".
Dzieci atakowane przez reklamy uczą się z czasem, że
podstawą dobrego samopoczucia, a także najważniejszym
celem ludzkiej egzystencji - jest "mieć" (oczywiście
rozmaite dobra proponowane przez reklamy). Wytwarzane
są oczekiwania i pragnienia, które rodzą poczucie
braku, a w efekcie porównywania siebie z tymi,
co "mają" - także poczucie niższości. "To,
czy w szkołach ma być prowadzona kampania reklamowa,
to nie kwestia decyzji poszczególnych rodziców
- podkreśla Dorota Kubicka. - Ochrona dzieci przed negatywną
ekspansją świata podporządkowanego konsumpcji to obowiązek
władz oświatowych, a właściwie nas wszystkich. W przeciwnym
razie wychowamy sobie społeczeństwo, w którym
nikt już nie będzie wierzył, iż bardziej warto »być«
niż »mieć«".
Zdaniem
dr Kubickiej, należy wzmacniać odporność dzieci na reklamy,
używając nowoczesnych metod. Wiedza o stymulowaniu procesów
edukacyjnych jest bardzo rozległa, a i możliwości oddziaływań
skierowanych na ochronę małych obywateli przed natarciem
kampanii reklamowych są znaczne. Warto więc, by władze
oświatowe, rodzice i nauczyciele zainteresowali się
tym problemem. Tym bardziej, że z drugiej strony, firmy
reklamowe wydają wielkie pieniądze na badania, w jaki
sposób pozyskać coraz większy wpływ na "małych
konsumentów", którzy będą kiedyś
duzi. A w interesie tych firm jest, by ci przyszli nabywcy
zostali ukształtowani zgodnie z hasłem "muszę mieć".
Peter
Meyer, dyrektor badań ilościowych w Ipsos, w artykule
opublikowanym w "Brief" (nr 47/08/2003), zatytułowanym
"NextKids: Za co dzieci lubią reklamy", będącym
w zasadzie promocją programu firmy Ipsos badającego
skuteczność poszczególnych reklam we wpływie
na dzieci, nie ukrywa, że działanie na rodziców
poprzez dzieci ma istotne znaczenie nie tylko przy sprzedaży
produktów dziecięcych, ale i innych towarów
kupowanych do gospodarstwa domowego. Opinie dzieci są
brane pod uwagę przy kupowaniu pasty do zębów,
proszku do prania, sprzętu grającego albo płynu do zmiękczania
tkanin. Autor artykułu przypomina, że dzieci reagują
na reklamę inaczej niż dorośli. Przeważa u nich emocjonalny
odbiór reklam, nie potrzebują racjonalnego uzasadnienia
dla wyboru produktów. Zalecane jest więc doprowadzenie
do "zaangażowania dzieci w opowiadaną w reklamie
historię". Peter Meyer przedstawia wyniki badań
swej firmy, które wykazały, że u dzieci wskaźnik
opóźnionego zapamiętywania reklam (czyli umiejętność
przywołania reklamy po upływie pewnego czasu) jest o
wiele wyższy niż u dorosłych. Okazuje się także, co
wydaje się oczywiste, że wszystkie poziomy zapamiętywania
reklam są u dzieci znacznie wyższe niż u dorosłych.
Dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, znajdują przyjemność
w wielokrotnym oglądaniu tej samej reklamy i z upodobaniem
odtwarzają jej treść z pamięci.
Autor
tamtego artykułu zaleca, by dla skuteczności reklamy,
która ma oddziaływać na dzieci, starać się o
zapamiętanie przez dziecko marki produktu, ponieważ
w przeciwnym razie reklama stanie się dla dziecka tylko
zabawą. Dzieci łatwo się uczą, ale i łatwo zapominają,
więc konieczne jest ciągłe podtrzymywanie obecności
produktu w kampaniach reklamowych przeznaczonych dla
maluchów. Dyrektor Meyer radzi też, by używać
w reklamie dla dzieci świata im znajomego, bo taki podoba
się najmłodszym oraz by wprowadzać stałych bohaterów
reklam. Na zakończenie artykułu padają dane, które
są z pewnością ważne dla każdej korporacji wchodzącej
z reklamą swych produktów dla dzieci: Dzieci
w wieku 6-12 lat stanowią około 9% populacji, w tej
grupie ponad połowa otrzymuje kieszonkowe w wysokości
od 18 do 25 zł miesięcznie. Obliczyliśmy, że to dwa
miliony klientów dysponujących rocznie pięciuset
milionami złotych. "Mali konsumenci" są więc
ważnym celem w strategiach reklamowych.
W
Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów w
Warszawie przypominają sobie, że tylko trzykrotnie w
ostatnich trzech latach prowadzili sprawy związane z
naruszeniem ustawowego zakazu wykorzystywania łatwowierności
dzieci w celach reklamowych. A tylko jedna z tych spraw
dotyczyła kampanii reklamowej w szkole. Rodzice poskarżyli
się do Urzędu na wywieszane w szkołach plakaty reklamujące
kursy językowe. Na plakatach tych umieszczona była niekompletnie
ubrana para. Po zwróceniu uwagi, plakaty zostały
usunięte. W Urzędzie mówi się przede wszystkim
o "skomplikowanym aspekcie prawnym sprawy wykorzystywania
łatwowierności dzieci w reklamie", w zasadzie usprawiedliwiając
się z bezczynności czy bezsilności. Sam aspekt wykorzystywania
autorytetu szkoły do prowadzenia akcji promocyjnej produktów
komercyjnych nie był przedmiotem zainteresowania UOKiK.
"Jest to raczej temat dla władz oświatowych, jest
Rzecznik Praw Dziecka, a o tym, co się dzieje w szkole
decyduje dyrektor" - słyszę w odpowiedzi na pytanie,
czy rodzic oburzony wykorzystywaniem szkoły w reklamie
znalazłby pomoc w UOKiK.
Danuta
Noszka-Leśniewska, wicekurator oświaty w Krakowie, podkreśla,
że zasadniczą rolę w ochronie dzieci przed reklamą spełniają
dyrektorzy szkół. Kuratorium krakowskie stosuje
tylko zalecenia dla dyrektorów. "Apelujemy
o rozwagę, przypominamy, przestrzegamy - tak opisuje
rolę swego urzędu pani kurator. - Podczas spotkań z
dyrektorami oraz podczas kontroli i wizytacji zwracamy
uwagę na to, by w szkołach nie były umieszczane i stosowane
reklamy produktów szkodliwych. Po naszej interwencji
z kilku szkół znikły automaty do sprzedaży coca-coli".
Zdaniem pani kurator, możliwa jest sprzedaż w szkole
w automatach soków owocowych, ale nie napojów
gazowanych ani chipsów. W Krakowie nie odnotowano
w ostatnim czasie żadnych wypadków świadczących
o tym, by w sferze promocji reklamowych działo się coś
nagannego, by kogoś trzeba było karać. W szkołach dopuszczane
jest wywieszanie plakatów teatrów i domów
kultury, kursów prawa jazdy, szkół językowych,
wydawnictw. Na pytanie, czy prowadzone są zajęcia, w
których uczy się dzieci, czym jest reklama i
jak należy się chronić przed ich szkodliwym wpływem,
uzyskuję odpowiedź, że od dwóch lat temat ten
jest przedmiotem zajęć prowadzonych przez szkolnych
pedagogów. Po bliższym przyjrzeniu się zawartości
"Certyfikatu szkoły wyróżnionej za wychowanie"
wprowadzonego w tym roku szkolnym w szkołach małopolskiego
kuratorium, okazuje się, że temat reklamy nie został
w nim expressis verbis umieszczony. Pani kurator przyznaje,
że zagadnienie "szkoła a reklama", "szkoła
a świat konsumpcji" to całkiem nowa rzeczywistość
i że należałoby się zastanowić nad położeniem większego
nacisku na ten problem w programach wychowawczych.
Jak
się więc okazuje, wszystkie drogi prowadzą do dyrektora
szkoły. Pragnąca zachować anonimowość dyrektorka jednej
z krakowskich szkół podstawowych przyznaje, że
napór firm reklamowych na szkoły jest bardzo
duży. W jej szkole raczej się odmawia. Reklamy ścienne
są wykluczone. W przypadkach, gdy jakaś akcja promocyjna
("tylko zdrowych produktów") ma być
prowadzona na lekcji, zawsze pytani są o zgodę rodzice
danej klasy. Ale i te przypadki są coraz rzadsze. Pytam
o to, czy kwestia odporności na reklamę pojawia się
na lekcjach wychowawczych. Okazuje się, że tak, dość
często. Coraz więcej nauczycieli nauczania początkowego
rozmawia z dziećmi na te tematy, głównie w powiązaniu
z odbiorem świata mediów. Uczy się dzieci odróżniać
fikcję od faktu, tłumaczy wpływ telewizji i reklam.
Może
więc nie jest tak źle? Może bez wielkich programów
i nakazów, sami nauczyciele (ci z prawdziwego
zdarzenia), będą umieli zareagować na rzeczywistość
świata konsumpcyjnego i nauczyć dzieci odpowiednich
zachowań? Wydaje się jednak, że temat jest ważny i że
potrzebna jest dyskusja nad niektórymi jego aspektami.
Czy szkoła powinna być całkowicie wolna od reklam, czy
też można pozwolić na promowanie w budynkach szkolnych
produktów "zdrowych", pomagających
w wychowaniu (np. skłaniających do mycia zębów).
Czy dyrektor może wynająć powierzchnię wewnątrz szkoły
na tablice reklamowe, by zarobić na dofinansowanie wycieczek
lub obiadów dla uczniów? Czy obcowanie
w szkole z promocjami dobrze przygotowuje dziecko do
życia w świecie konsumpcji, "uczy wyboru"?
Maksiu, od którego zaczęliśmy ten tekst, zareagował
"po dziecięcemu", zaproponował skrajnie radykalne
rozwiązanie. Żadnych reklam. Może więc należy się zastanowić,
czy nie jest dobrą strategią tworzenie oaz wolnych od
konsumpcyjnego modelu życia. Dla wielu taką oazą jest
(powinien być) Kościół, dla wielu taką oazą jest
(powinien być) dom. Czy także szkoła? Barbara
Bubula |