|
Niech
się nas boją
Marianem
Zagórnym rozmawia Barbara Bubula
Jak
wygląda życie codzienne Mariana Zagórnego?
M.Z.:
Moje życie codzienne to praktycznie cały czas wyjazdy,
po całej Polsce. W domu jestem kilka dni w miesiącu.
Niemal cały czas protestujemy, bo rząd stwarza taką
sytuację, że nasz komitet protestacyjny nie ma ani chwili
oddechu. Co chwila jakiś problem wyskakuje. Jakiś czas
temu była sprawa importu zboża, później importu
wieprzowiny, na wiosnę - jak wszyscy wiemy - był problem
skupu trzody chlewnej i drobiu, gdy rząd podjął decyzję
o imporcie, a od polskich rolników nie skupował.
Wtedy też jeździłem po różnych blokadach w całym
kraju. Teraz mamy znów spotkania z rolnikami
w różnych regionach Polski, związane z opłacalnością
produkcji, interweniujemy, zgłaszamy pisma, wnioski
do rządu. Jeśli rząd nie zareaguje, znowu mamy kilka
planów działań protestacyjnych o różnym
nasileniu. Jak przyjdzie co do czego, to protesty rolnicze
mogą być nawet ostrzejsze od tego, co widzieliśmy u
zdesperowanych górników. Jeżdżę nie tylko
ja, ale i inni członkowie Komitetu Protestacyjnego Solidarności
Rolników Indywidualnych, każdy w miarę swych
możliwości.
Kto
wchodzi w skład tego Komitetu?
M.Z.:
Są to przedstawiciele różnych organizacji zawodowych:
i rolnicy z "Solidarności" Rolników
Indywidualnych, i z kółek rolniczych, z "Samoobrony",
rolnicy niezrzeszeni, także ze związków branżowych:
drobiarze, producenci zbóż, kukurydzy itd. Skupiamy
wiele organizacji i gałęzi produkcji. W szczególności
związki branżowe nie mają w swoich statutach zapisów
o akcjach protestacyjnych. Dzięki włączeniu się w strukturę
naszego komitetu uzyskali możliwość uczestniczenia w
takich protestach, a nawet organizowania ich.
Czyli
dobrze się współpracuje na tym forum?
M.Z.:
Tak. Warto przypomnieć, że na samym początku, siedem
lat temu, był to tylko i wyłącznie komitet "Solidarności"
RI. Powstał na Dolnym Śląsku, bo wtedy był tam w roku
1996 problem klęski długotrwałych opadów, potem
brak skupu. Po roku, kiedy te problemy narastały, przyłączali
się przedstawiciele innych organizacji. Wyrazili jednak
zgodę, aby pozostała nazwa Komitetu Protestacyjnego
"Solidarności" RI. Teraz wspólnie pod
tą nazwą walczymy w skali ogólnopolskiej o byt
rolników.
Siedziba
jest na Dolnym Śląsku, a jak wygląda kwestia Waszych
przedstawicielstw w całym kraju?
M.Z.:
Jest nasze przedstawicielstwo w Nowym Sączu, mamy też
biuro w Olsztynie i Poznaniu, jest siedziba w Szczecinie,
w Białymstoku, w Skierniewicach, w Gdańsku i w województwie
lubelskim.
Czy
odnotowaliście jakieś sukcesy świadczące, że to wspólne
działanie miało jakiś wpływ na rzeczywistość w Polsce?
M.Z.:
Naszym pierwszym sukcesem było doprowadzenie w 1997
r. do zmiany przepisów o klęskach żywiołowych.
Klęska długotrwałych opadów (żniwa w naszym regionie
mogły się wtedy rozpocząć dopiero w październiku!) spowodowała
bardzo duże straty rolników, a przez Agencję
Rynku Rolnego tego typu zjawisko nie było uznawane za
klęskę żywiołową. A w przypadku klęski żywiołowej rolnicy
mogą otrzymać dopłaty do materiału siewnego, mogą się
ubiegać o zwolnienie z podatku, z czynszów dzierżawnych,
mogą otrzymać kredyty preferencyjne na uruchomienie
produkcji. Uzyskaliśmy w rezultacie zmianę przepisów
nie zmienianych od lat pięćdziesiątych. Kolejny nasz
sukces to rezultat protestów związanych z importem
zbóż i kukurydzy. Po naszych akcjach ograniczyła
się liczba firm, które zajmują się tym importem.
Część agencji ubezpieczeniowych wycofała się z ubezpieczenia
transportów, to było zbyt dla nich ryzykowne,
by importerzy się ubezpieczali. Troszeczkę ograniczony
został przemyt, choć nadal jest on bardzo duży. Wskutek
naszych protestów, po dwóch latach minister
Balazs wprowadził cła konwencyjne. Wprawdzie na krótko,
bo na rok, ale to zawsze coś. Zmieniony został system
skupu. Przedtem dopłaty otrzymywały firmy, które
skupowały zboże. I wiadomo, że na takiej zasadzie się
to odbywało: ktoś importował, sprzedawał firmie, która
działała na rzecz agencji, brał dopłaty. Dopiero po
protestach zostały wprowadzone dopłaty bezpośrednio
dla rolników. Więc sukcesy są. Może nie tak widoczne,
ale są. Udowodniliśmy wielokrotnie, że mamy do czynienia
z importem produktów rolnych na dużą skalę. Rząd
zaprzeczał, a tymczasem okazywało się, że to my mamy
rację. Przy akcji wysypywania zboża rolnicy stali ponad
miesiąc w kolejkach i tego zboża nie skupowano, a myśmy
wysypali na przejściu granicznym zboże i w rezultacie
na trzeci dzień ruszył skup! Tak więc konkretnych osiągnięć
jest dużo, wiadomo jednak, iż strona rządowa nie przyzna
się do tego, że coś zostało wywalczone dzięki protestom,
przez ich eskalację, przez poświęcenie się rolników.
Wielokrotnie organizowaliśmy akcje przeciwko importowi
drobiu. I widzieliśmy natychmiastowy rezultat. Blokowaliśmy
import i przemyt, a cena drobiu w Polsce niemal z dnia
na dzień rosła. Trwało to po pół roku czy siedem
miesięcy, ale zawsze przez ten okres było trochę oddechu
dla polskich producentów-drobiarzy. A sprawa
kukurydzy, w szczególności tej genetycznie modyfikowanej
- też rok temu zablokowaliśmy ją na granicy. Automatycznie
wiele firm wycofało się z importu, może obawiając się,
że ujawnimy, kto to importował. Też były informacje
z ministerstwa gospodarki, że w tym okresie nie sprowadzono
jakoby do Polski ani kilograma. Tak było i z cukrem,
i z mąką... Te nasze działania niosą znaczną pomoc dla
polskich rolników i chwilową poprawę sytuacji
w rolnictwie. Ale o tym się głośno nie mówi.
Jednak niektórzy przestępcy boją się ujawnianej
przez nas prawdy.
Czy
napotkaliście w czasie całej swojej działalności kogoś
w elitach rządzących, kto byłby przychylny waszym postulatom?
M.Z.:
Nie. Z żadnego ugrupowania. Chociaż jeszcze za AWS-u
ludzie w rządzie wiedzieli, że mamy rację. Tylko głośno
tego nie mówili. Każdy, kto rządzi krajem - jest
przestępcą, bo inaczej tego nie można określić. Ludzie,
którzy chcieli od nas poparcia w wyborach, potem,
gdy się dostali do parlamentu, do ław rządowych, automatycznie
o rolnictwie, o problemach wsi zapominali. Co więcej,
działali na naszą szkodę.
A
dlaczego każdy kto rządzi jest przestępcą?
M.Z.:
Dlatego że współdziała w układzie przestępczo-mafijnym.
Chodzi o przemyt produktów rolnych na ogromną
skalę. Są to kolosalne pieniądze. Kiedyś, kilka lat
temu, gdy mój kolega Ryszard Matusiak, ówczesny
szef Zarządu Regionu "Solidarności" w Jeleniej
Górze, był posłem i jako jedyny niezwiązany z
rolnictwem nas popierał, przeciwstawiał się Krzaklewskiemu
i całemu temu układowi. Wtedy się głośno mówiło
o kupowaniu ustaw w sejmie. Cena była od miliona do
pięciu milionów dolarów. Ja wtedy zażartowałem,
że może wśród rolników zbierzemy pięć
milionów i kupimy sobie ustawę dla nas korzystną.
Wtedy niektórzy posłowie powiedzieli, że choćbyśmy
zebrali i trzysta milionów to i tak nie wystarczy,
bo przeciwko nam są tak kolosalne pieniądze, że zawsze
nas przebiją. To daje do myślenia. Zresztą w szeregu
firm związanych z importem, z przemytem - mamy dane,
kto tam zasiada we władzach, z czyjej protekcji - nie
ma podziałów politycznych. W imporcie i przemycie
siedzą ludzie zarówno z dawnego betonu komunistycznego,
jak i z betonu "solidarnościowego". Interes
łączy tych ludzi. Tylko pod publikę w sejmie kłócą
się, a w rzeczywistości niszczą rolnictwo, okradają
Polskę.
W
takim razie co możemy zrobić, żeby się obronić?
M.Z.:
Szansa oczyszczenia tego niezdrowego układu elit istnieje.
Trzeba odsunąć wszystkich ludzi, którzy rządzili.
Obojętnie gdzie. W województwie, w rządzie, byli
posłami, byli szefami jakichś tam partii... Ci ludzie
nie powinni nigdzie kandydować, nie powinni już rządzić.
Powinna przyjść młodzież, ci jeszcze nie zarażeni. Bo
jest część tego starego betonu i teraz się to tak odbywa,
że przychodzą młodzi ludzie i są od razu wprowadzani
w ten układ mafijny. I to jest chore. Błędem była gruba
kreska Mazowieckiego. Proszę zobaczyć, jak wygląda scena
polityczna. Od 1989 r. zamieniają się tylko miejscami.
Rządzą, cztery lata czy trzy, potem odchodzą na chwilę,
ale przechowują się dobrze ulokowani gdzieś w województwie,
na niższych szczeblach, potem znów przychodzą
do ministerstwa, i tak w kółko. Żeby państwo
było zdrowe, muszą przyjść ludzie spoza wszelkiego układu
partyjnego. Mówi się, że młodzi ludzie nie potrafią,
nie mają kompetencji. Ja uważam, że dziś młodzież jest
świadoma, rozumie problemy, może przez rok by się uczyli,
ale potem byłaby to kadra, która w dobry sposób
zarządzałaby krajem czy województwem. Proszę
zobaczyć: to są ciągle ci sami posłowie. Patrząc na
Millera, Oleksego - przecież piętnaście lat temu oni
byli sekretarzami komitetów wojewódzkich.
Tak się ściskali z Ruskimi, do Moskwy jeździli, tak
ten zgniły Zachód wyklinali. Teraz jadą na ten
zgniły Zachód i tak samo się ściskają, obejmują.
Dla mnie to jest niewyobrażalne. Może nie będę używał
słów niegrzecznych. Mieliby honor, to przynajmniej
puściliby do władzy tych młodych, co ich mają w SLD.
A nie tak - najpierw karali ludzi za kontakty z Zachodem,
a teraz odgrywają wielkich przyjaciół Unii Europejskiej.
A
czy pokłada Pan nadzieję w kontaktach z rolnikami z
Zachodu?
M.Z.:
Z częścią na pewno, bo ostatnio w USA się spotkałem
ze Szwajcarem, Holendrem, Francuzem, Węgrem. Oni też
oceniają, że COPA-COGECA, czyli związek organizacji
rolniczych Unii Europejskiej w rzeczywistości często
popiera decyzje Komisji Europejskiej, że nie dba o interesy
rolników. Z kolei niektóre organizacje
narodowe rolników z krajów Unii Europejskiej
nie popierają polityki COPA-COGECA, więc z częścią tych
organizacji rolniczych na pewno współpracować
będziemy. Zresztą nie tylko w Europie, ale i na innych
kontynentach. Właśnie wróciliśmy z kolegą-rolnikiem
ekologicznym Mieczysławem Babalskim z podróży
do Stanów Zjednoczonych, którą odbyliśmy
na zaproszenie organizacji Public Citizen. Pokazano
nam katastrofalne skutki działalności gigantycznych
korporacji rolniczych, takich jak Smithfield, który
od kilku lat prowadzi inwazję w Polsce. Musimy się bronić,
musimy zjednoczyć działania z rolnikami całego świata.
Amerykańscy rolnicy, których spotykaliśmy, właściwie
przepraszali nas, że dotąd byli tacy potulni, bierni,
że dali się zniszczyć tak łatwo. Dawaliśmy im przykłady
naszych akcji, w wielu sprawach mogliby się od nas uczyć,
jak skutecznie protestować. Tam doszło już do takich
tragedii, jak to, że cały stan Iowa czy Wisconsin zalane
są gnojowicą z gigantycznych chlewni, bez innych roślin
niż genetycznie modyfikowana kukurydza i soja. I opuszczone
gospodarstwa rolne. Nikt nie dba o interesy rolników.
Wręcz przeciwnie, dąży się do tego, żeby rolnictwo zniszczyć,
żeby wielkie międzynarodowe koncerny żywnościowe i chemiczne
dyktowały warunki.
Czyli
linie podziału biegną pomiędzy międzynarodowymi koncernami-gigantami
a małymi i średnimi rolnikami z całego świata, a nie
pomiędzy rolnikami poszczególnych krajów?
M.Z.:
To, co zobaczyłem w USA to nawet nie jest zagrożenie,
to tragedia... Bo w Polsce są duże gospodarstwa, ale
okazuje się, że nie jest zagrożeniem to nasze duże gospodarstwo,
określane mianem "produkcja rolna na skalę przemysłową".
To, co robią koncerny w świecie, to nie jest skala przemysłowa.
To jakaś skala apokaliptyczna. Bo nie jest ważne to,
czy rolnik ma tysiąc hektarów czy dziesięć hektarów.
Ważna jest opłacalność produkcji. Wiadomo, że inne są
koszty na dziesięć czy na tysiąc hektarów, natomiast
ważna jest cena za wyprodukowany towar. Nawet takie
duże gospodarstwa jak PGR-y za komuny - po 5-10 tys.
hektarów - to jeszcze nie jest taka skala, w
jakiej produkują te koncerny. To jest tragedia. Ta żywność
nie nadaje się do spożycia, następuje spustoszenie środowiska
naturalnego, a rezultatem jest po prostu trucie społeczeństwa.
Ważna
jest świadomość tych, którzy zatrutą żywność
kupują...
M.Z.:
Społeczeństwo jeszcze tego nie rozumie. Rolnicy też
są przecież konsumentami. I też nie wszyscy protestują.
Na pewno ważna jest ciężka sytuacja gospodarstw rolnych
- gdybym nie miał za co żyć, to też nie wiem, czy bym
nie poszedł do sklepu i nie kupił tej tańszej szkodliwej
żywności. Wielokrotnie udowadnialiśmy, bo pobieraliśmy
próbki, że zatrzymywane przez nas na granicy
kukurydza czy drób nie nadają się do spożycia.
To stwierdzały 2-3 lata temu kontrole NIK-u, że 80%
żywności importowanej do Polski nie spełnia norm. Że
to jest zatrute, to jest raz. Po drugie, nie ma różnicy
cenowej w sklepie. Jak myśmy zboże przemycane do Polski
wysypywali w Muszynie, to potem były takie sondaże w
radiu, gdzie się ludzie wypowiadali, że oni mają niską
emeryturę czy rentę i oni chcą importu żywności, bo
wtedy jest w sklepie taniej. Ale czy ktoś kupił chleb
z pszenicy importowanej - sprowadzanej za 1/3 wartości
pszenicy kupowanej od rolnika w Polsce - na którym
by było napisane, że to jest chleb z importowanego zboża
i kosztuje 0,50 zł, a obok by leżał chleb z polskiego
zboża za 1,50 zł? Czy ktoś kupił szynkę czy drób,
które byłyby oznaczone, że są tańsze, bo pochodzą
z dotowanego importu? Nikt. Więc niszczy się rolnictwo,
świadomie zatruwa społeczeństwo, a po trzecie - oszukuje
się. Z tą wiedzą, z prawdą o żywności trudno się przebić.
Mamy potwierdzone różne badania, gdzieś regionalnie,
w lokalnej prasie jest to drukowane, ale media wielkonakładowe
tego nie podają, bo są opanowane przez rządzących, którzy
tych wiadomości do opinii publicznej nie dopuszczają.
A
jak było z tymi pustymi elewatorami zbożowymi, kiedy
okazywało się, że fikcyjnie skupowano zboże w skupie
interwencyjnym państwa?
M.Z.:
Tak się składa, że już rok wcześniej, zanim napisały
o tym największe dzienniki, wkroczył prokurator, nasz
komitet protestacyjny informował wszystkie możliwe strony
o tym procederze. A każde nasze stanowisko rozsyłamy
zawsze do prawie tysiąca adresatów: od prezydenta,
premiera, wszystkich ministrów, sejmu, senatu,
przez kluby parlamentarne, po wojewodów. Powiadomiliśmy
ich o tym, że część rzekomo skupowanego interwencyjnie
zboża w ogóle nie istnieje, że wędrują same kwity.
Część zamiast pochodzić od polskich rolników
była importowana z CEFTA. Już w ubiegłym roku powiadamialiśmy,
że istnieje fikcyjny skup. Od lutego 2003 r. informowaliśmy,
że Agencja Rynku Rolnego postanowiła sprzedać 308 tys.
ton zboża na eksport, a zaczyna brakować zboża w kraju,
że będą musiały wzrosnąć ceny mąki i pasz. Bez rezultatu.
Przez tydzień wstrzymali, podnieśli cenę o 3 złote,
a potem znowu sprzedawali. Cena pszenicy na rynku wynosiła
450 zł za tonę, rząd sprzedawał z zapasów Agencji
po 330 zł za tonę i jeszcze jak ktoś wyeksportował to
dostał 170 zł dopłaty. Później za 160 zł sprzedawano.
W kwietniu też pisaliśmy, na jaki statek załadowano
zboże. Pisaliśmy do Millera i do wszystkich pozostałych,
że statek wypłynął, że drugi statek stoi w porcie, że
można to sprawdzić. Nikt nie reagował. Pojechaliśmy
do portu w Szczecinie, w nocy to sprawdzaliśmy, jeden
statek to były "Bataliony Chłopskie", drugi
nazywał się "Panama", mieliśmy zapisane numery
elewatorów, numery rejestracyjne samochodów,
nawet z kierowcami rozmawialiśmy. Wyszedł na jaw przy
okazji drugi proceder. Część zboża sprzedawano z dopłatą
niby na eksport po 160 zł za tonę, potem taki statek
płynął do Gdyni, tam go wyładowywano i sprzedawano na
rynku krajowym po 450 zł za tonę. Więc skoro nasze pisma
do premiera, do NIK-u, do prokuratury nie przyniosły
rezultatu, 25 maja powiadomiliśmy prokuraturę krajową
o popełnieniu przestępstwa przez prokuratorów
i elity rządzące. Dotyczy to art. 304 i 305 kodeksu
postępowania karnego: artykuł 304 mówi, że jeśli
organ samorządowy czy rządowy wie o przestępstwie, to
powinien zgłosić to do prokuratury oraz że prokurator
wszczyna postępowanie z urzędu, jeśli dowie się o przestępstwie.
Donieśliśmy na niektórych prokuratorów,
bo nam odpisywali, że przesyłają do innej prokuratury,
a artykuł 305 mówi, że jeśli prokurator ma doniesienie
o przestępstwie, to powinien zabezpieczyć dowody. Dowodów
nie zabezpieczono. Statek stał w porcie długo, jakieś
dwa tygodnie, bo na trasie przepływu między portem a
pełnym morzem zatopiła się nieszczęśliwie jakaś barka
i kanał był zablokowany. Tymczasem nikt z prokuratury
nie zjawił się, żeby sprawdzić nasze doniesienie. Kiedy
indziej, gdy zablokowaliśmy przemyt drobiu w Gdyni i
powiadomiliśmy prokuraturę, to prokurator nam odpisał,
cytuję: "odmawiam wszczęcia postępowania w sprawie
zablokowanego drobiu, który ominął skład celny".
Więc sam stwierdził, że drób ominął skład celny.
I odmówił wszczęcia postępowania. Dotyczyło to
4,5 tysiąca ton drobiu! I drób wjechał do Polski.
Proszę zobaczyć, jaka to jest parodia sprawiedliwości.
A
jaki był rezultat Waszego doniesienia na prokuratorów
i elity władzy z 25 maja w sprawie manipulacji ze zbożem?
M.Z.:
W sierpniu byłem przesłuchiwany w prokuraturze Warszawa-Śródmieście.
Pan prokurator od razu postraszył, że grozi mi 6 lat
więzienia za pomówienie osób publicznych.
Ja mu na to: ja wiem, że to jest prawda, a skąd pan
wie, skoro pan jeszcze nie rozpoczął postępowania, że
to jest pomówienie? Na razie trwa postępowanie
przygotowawcze. Zobaczymy. Mamy masę dowodów
na to, że te osoby (prokuratorzy, premier, ministrowie)
po prostu zgodnie z prawem powinny podjąć działania
w celu schwytania sprawców przestępstwa zbożowego.
Tak przynajmniej powinno być w normalnym kraju, bo w
Polsce wszystko jest możliwe...
Czy
historie podobne do tego dziwnego obrotu zbożem czekają
nas także w przyszłości?
M.Z.:
Fikcyjny skup trwał co najmniej 5 lat. Jakieś siedem
lat temu Rolimpex wziął kredyt na skup interwencyjny
od rolników 100 tys. ton zboża. Skupił około
5 czy 10 tys. ton. Resztę zaimportował, bo musiał odstawić
do magazynów agencji. Wtedy dopłaty były do firm
zbożowych, a nie do rolników. U nas cena była
370 zł za tonę, a na wiosnę 640 złotych za tonę. Oni
kupili za granicą w CEFTA po 200 zł i odstawili do magazynów
Agencji po 645. Tak, że na 100 tys. ton mieli 400 miliardów
starych złotych zarobku. Podobne sytuacje zdarzają się
co roku. Są wynajdowane coraz to nowe sposoby na nielegalny
zysk. Bo egzekucja prawa w Polsce jest chora. Bakoma
z Komorowskim - kolejna afera. Pisaliśmy o tym. Fikcyjnie
skupił w tamtym roku 100 tys. ton. Po naszych kilku
interwencjach nawet "Super Ekspress" coś napisał.
Była kontrola NIK-u i stwierdzili u Komorowskiego braki.
Kiedy samochód wjeżdża do elewatora, to trzeba
spisać numery rejestracyjne. I okazało się, że fiatem
ktoś "przywiózł" 37 ton, motorem 25
ton. Wpisywali po prostu fikcyjne numery rejestracyjne.
Wiadomo więc, że tego zboża nie było! I jakoś niczyje
głowy za to nie poleciały. Kolejne pisma posłaliśmy
w sprawie Strzelec Krajeńskich i Nowogardu, u panów
Łukowskiego i Bondy była kontrola, stwierdzili nieprawidłowości,
ale odmówili wszczęcia postępowania. A u pana
Łukowskiego kontrola stwierdziła, że stan księgowy zgadza
się ze stanem magazynowym. A trzy dni wcześniej stwierdzono
brak 20 tysięcy ton...
Więc
wygląda na to, że jest to...
M.Z.:
...mafia.
System
ten ma ochronę nie tylko na najwyższych szczeblach władzy,
ale i u lokalnych prokuratorów, sędziów,
w organach kontrolnych i policji oraz w służbach celnych.
M.Z.:
Oczywiście. Zresztą przy okazji tego wyroku, który
odsiadywałem, Sąd Najwyższy potwierdził, że się chroni
przemytników. Bo nie było właściciela zboża.
Chodziło o to zboże wysypane w Zebrzydowicach. Oczywiście
nikt się do tego przemycanego zboża nie przyznał. I
sąd nie zwrócił uwagi na to, że nie ma właściciela
tego zboża. Stwierdził - nieważne, że bezpańskie, ważne,
że zostało zniszczone. To o czym my mówimy?!
Inny z wyroków, który dostałem dotyczy
zboża w Muszynie, tam wysypaliśmy 60 wagonów.
Mam karty ściągnięte z każdego wagonu. A mnie oskarżyli
tylko za 14 wagonów. Bo reszta to był przemyt.
Na tych kwitach jest wszystko: nazwy firm, skąd, dokąd,
ile. Ale organów ścigania to nie interesuje.
Nawet na sprawie sądowej się niechcący wygadali, że
więcej zboża było. Bo na te niby 14 wagonów musieli
ściągnąć specjalną dmuchawę do zebrania ziarna, a stacja
była wyłączona przez dwa tygodnie i za tyle mnie kosztami
obciążyli. Czternaście wagonów przez tyle czasu
to by wiaderkami zebrali. A nie dmuchawą przez dwa tygodnie!
Co ta dmuchawa tam zbierała? Kamienie?
Jak
Pan sobie radzi z tymi licznymi wyrokami?
M.Z.:
Chcą mi odwiesić teraz ułaskawienie, bo odsiedziałem
już 3 miesiące, a miałem wcześniej wyrok w zawieszeniu
na 5 lat. Teraz w Muszynie zostałem znów skazany,
odwołałem się do sądu okręgowego, jak podtrzyma wyrok,
to mi tamto odwieszą. A jeszcze mam cztery inne sprawy
sądowe w toku.
Dziękuję
za rozmowę.
Kraków,
12 września 2003 r. |