|
Nasze
pieniądze w naszych rękach
Rozmowa
Barbary Bubuli z Teresą Gruszczak, p Prezesem Spółdzielczej
Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej "Jagiellonia"
w Krakowie rozmawia Barbara Bubula
Kim
Pani jest z zawodu?
Nauczycielem
matematyki. Uczyłam przez wiele lat w krakowskich szkołach
średnich.
A
teraz jest Pani prezesem Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej.
Jak to się stało?
Inicjatywa
była absolutnie oddolna. Byłam przewodniczącą koła Solidarności
w szkole i z tego tytułu w roku 1995 znalazłam się w
Prezydium KMNSZZ "Solidarność Śródmieście"
dla pracowników Oświaty. Prezydium zleciło mi
prace nad założeniem SKOK. Z pieniędzy związkowych sfinansowaliśmy
pierwsze wydatki Kasy: opłaty rejestracyjne w sądzie.
Założycieli było jedenastu. Fundusze żadne. Wpisowe
piętnaście złotych, udział dwadzieścia. Tyle wpłacaliśmy
na początek. Było to w maju 1996 roku. Wtedy na szczęście
pomogła nam gmina Kraków. Rada Miasta, nie bez
oporów, uchwaliła dla nas pożyczkę w wysokości
dwudziestu tysięcy (tak!) złotych "na zagospodarowanie",
czyli kupno kasy pancernej, komputera, i pół
etatu kasjerki przez pierwszy rok działalności. Potem
mieliśmy sobie radzić sami.
I
poradziliście sobie?
Tak.
Ilu
członków liczy teraz wasza Kasa?
Prawie
dwa tysiące. Oprócz siedziby głównej w
Krakowie przy ul. Sokolskiej otworzyliśmy już dodatkowy
punkt kasowy w Wieliczce i jesteśmy w trakcie uruchamiania
następnego. Nasze aktywa wynoszą to nie tajemnica
ponad 3 mln zł.
Jak
to się w ogóle mogło udać? Taka ekspansja w ciągu
czterech lat? Działacie przecież w dość niekorzystnym
otoczeniu - bogaci konkurenci w postaci banków.
Wokół
naszej siedziby mamy siedem banków. I to nam
w niczym nie przeszkadza zwiększać liczby członków
o 40% rocznie. My z nimi nie konkurujemy. Nasza idea
jest zupełnie inna.
Wszystkie
kasy spółdzielcze, jakie tworzyły się latach
90. były kasami "zamkniętymi", tworzonymi
dla konkretnych środowisk, zwłaszcza dużych zakładów
pracy. My powstaliśmy dla pracowników oświaty
- najtrudniejszej, bo rozproszonej grupy zawodowej.
SKOK-i tworzone w hutach, kopalniach lub dużych firmach
wraz z dużą pomocą zakładów miały ułatwione zadanie
od razu potencjalnie kilka tysięcy bogatszych niż
nauczyciele udziałowców.
W
naszym trudnym pod względem ilości pracodawców
nauczycielskim środowisku akcję rozpoczęliśmy poprzez
koła "Solidarności", co zaowocowało wpisaniem
się około dwustu osób. A później wieść
o kasie się rozeszła. Ponieważ wiadomo, jak to jest
z nauczycielskimi pensjami - ciągle rząd obiecuje podwyżki,
a te podwyżki czasem okazują się obniżkami - ludzie
zrozumieli, że mogą sobie tylko sami pomóc wzajemnie.
Ci co mają więcej pieniędzy mogą u nas lokować na korzystnych
warunkach i dzięki temu osoby potrzebujące mogą uzyskać
pożyczki. To właśnie jest zasada: pomóżmy sobie
sami, i w chwili obecnej ta akcja się udała jedni
zaczęli przyciągać drugich. Od jedenastu założycieli
aż do dwóch tysięcy.
Czy
zatem kasy spółdzielcze zastąpiły dawne peerelowskie
kasy zapomogowo pożyczkowe?
Nie.
Kasy zapomogowe dobrze się mają do dzisiaj. Są dla ludzi,
którzy wyłącznie pożyczają i zainteresowanie
nimi wskazuje, że są ciągle potrzebne. Różnica
zasadnicza między nami polega na tym, że nasi udziałowcy
współwłaściciele kasy mogą korzystnie lokować
swoje oszczędności oraz na tym, że SKOK-i mają osobowość
prawną, co umożliwia w razie konieczności sądowe dochodzenie
należności. Ale muszę powiedzieć, że rzadko zachodzi
taka konieczność, nie mamy praktycznie nierzetelnych
członków. Ludzie sobie ufają. Czasem ktoś popadnie
w kłopoty, bo straci pracę, albo gdzieś wyjedzie. To
ten niewielki ułamek przysparzający trudności, ale najbardziej
istotną rzeczą jest to, że lokowane pieniądze są ubezpieczone.
Polisa ubezpieczeniowa Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych
(TUW SKOK) daje następujące korzyści:
gwarantuje wypłatę oszczędności każdego członka do wysokości
15 000 EURO;
zabezpiecza rodzinę i poręczycieli przed skutkami niespłaconej
pożyczki w przypadku śmierci pożyczkobiorcy do 65 roku
życia;
daje ochronę w przypadku choroby trwającej dłużej niż
1 miesiąc;
Proponujemy
też korzystne ubezpieczenia na życie i od nieszczęśliwych
wypadków.
Czy
możemy ujawnić, jaki jest procent tych pożyczek, z odzyskaniem
których są problemy?
Jeden
procent, a nawet mniej. Przy czym i te pieniądze są
do odzyskania. Wtedy sięgamy po zabezpieczenie: żyrantów
albo weksle, normalna procedura.
Oferujecie
w zasadzie to samo, co banki: można u was pieniądze
pożyczyć, można lokować, nota bene na bardzo dobry procent,
konkurencyjny w stosunku do lokat bankowych (dzisiaj
do 18,5%), ale można też prowadzić rachunek, tzw. ROR.
Zgadza
się. Jeśli chodzi o oprocentowanie lokat, to może być
tak duże, ponieważ mamy małe koszty własne i praktycznie
działamy bez ryzyka. My nie inwestujemy na giełdzie,
na rynku papierów wartościowych i nie kredytujemy
przedsięwzięć gospodarczych. Możemy lokować pieniądze
albo w obligacjach skarbu państwa, albo w naszej Kasie
Krajowej.
Nieustająco
rozwijamy zakres usług. To chyba też przyczyna, że przychodzi
do nas coraz więcej ludzi. Mamy lokaty okazjonalne,
lokaty rentierskie, rachunki systematycznego oszczędzania,
nawet połączone z ubezpieczeniem na życie. W zakresie
pożyczania mamy bogatą ofertę, prowadzimy też ROR-y
z możliwością zlecania nam przelewów w zakresie
stałych opłat.
Jesteście
spółdzielnią. Słowo spółdzielnia w Polsce
- co tu dużo mówić różnie się kojarzy,
idea spółdzielczości wymaga rehabilitacji. Wy
jesteście dobrym przykładem na udaną spółdzielczość.
W waszym przypadku ta forma prawna okazała się idealna,
jakie się z tym wiążą korzyści?
Każdy,
bez względu na ilość udziałów ma jeden głos na
walnym zgromadzeniu. Nikt nas nie może kupić, sprzedać,
jesteśmy samorządni.
Nikt
was nie może przejąć, żadna instytucja finansowa?
Tak
jest, ponieważ głosuje się według zasady jeden członek,
jeden głos. Nikt nie jest uprzywilejowany, bez względu
na to, czy pożycza, czy ma u nas lokatę. To jest najbardziej
demokratyczna forma. Taka spółdzielczość wymaga
wskrzeszenia.
Jak
długo pani się uczyła być prezesem instytucji finansowej
o aktywach 3 mln zł i dwóch tysiącach członków?
Cały
czas się uczę. Od początku się uczyłam i robię to do
tej pory, ponieważ rozwój kasy wymaga nieustającego
uczenia się. Ciągle są nowe wyzwania. Zakładamy nowe
punkty, dajemy nowe produkty. To bardzo dynamiczny organizm.
Zresztą bezustanne podnoszenie kwalifikacji jest obowiązkiem
całego zarządu co dwa lata przechodzimy obowiązkowe
szkolenia, ukończenie których upoważnia do dalszego
kierowania kasą.
Czy
sądzi pani, że przed kasami spółdzielczymi są
jakieś niebezpieczeństwa w przyszłości?
Myślę,
że nie ma. Nawet upadek zakładu pracy, w którym
kasa działała nie oznacza upadku samej kasy. Zresztą
dotąd żadna kasa w Polsce nie upadła. Kasa Krajowa,
która sprawuje nad nami nadzór pilnuje,
żeby nie było takich sytuacji. W razie, gdy np. upada
zakład pracy i wypisuje się duża liczba członków,
zwykle doprowadza się do fuzji z inną kasą. Dla członków
pozostających w kasie praktycznie nic się nie zmienia.
No, może adres siedziby.
Nasza
kasa nie ma w ogóle tego problemu. My od początku
budujemy swoją działalność bardziej rynkowo. Do nas
należą ludzie z około 400 zakładów pracy. Ale
to jeszcze nie tak dużo, bo szkół jest w województwie
ponad tysiąc. W tej chwili może się zapisać do nas każdy,
ponieważ tak sformułowaliśmy nasz statut, że możemy
przyjmować członków stowarzyszeń i organizacji
społecznych bez względu na miejsce zatrudnienia. Jeżeli
ktoś dotąd nie jest członkiem żadnego stowarzyszenia,
to może się zapisać do utworzonego przez nas Stowarzyszenia
Wspierania Kasy.
Ostatnio
możliwe jest także członkostwo w kasie osób prowadzących
działalność gospodarczą na własny rachunek. To nowość.
Ta
możliwość pojawiła się dopiero w 2000 roku po zmianie
ustawy sejmowej o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych.
Na razie otwieramy rachunki, jeszcze bez kredytowania,
ale myślę, że niedługo i to nastąpi. Trzeba podkreślić,
że dotyczy to wyłącznie osób fizycznych prowadzących
działalność gospodarczą, a nie spółek. Osoby
te traktuje się po prostu jako takie, które "zarabiają"
sobie pensję. Wielu ludzi, którzy poprzednio
pracowali w wielkich zakładach pracy, przechodzi przy
rozmaitych restrukturyzacjach na własny rachunek. Dla
nich konieczność ponoszenia wysokich opłat za rachunki
bankowe to duże obciążenie.
A
wy jesteście tańsi?
Tak.
Mówiąc
bez ogródek, kasy spółdzielcze, to jedno
z niewielu udanych dzieci "Solidarności".
Po cichu właściwie i na uboczu się wychowuje, bez rozgłosu
i nadzoru politycznego, na szczęście. Żyjecie praktycznie
na marginesie życia ekonomicznego i społecznego. Czy
nie obawia się Pani zatem, że ktoś może w przyszłości
zacząć majstrować przy prawie związanym z waszym funkcjonowaniem?
To jedno zagrożenie. A drugie to jednak konkurencja
banków, szukających ostatnio najwyraźniej drobnych
klientów zobaczymy ile powstaje bankowych punktów
"szybkiej obsługi".
Jeżeli
chodzi o sytuację polityczną, to może być rzeczywiście
różnie. Prawo może się zmienić, jak się zmieni
lobby w sejmie, to jasne. Ale myślę, że do tego czasu
będzie to już ruch na tyle silny, że da się radę obronić.
Bardzo pozytywne opinie uzyskał zarówno od pana
Balcerowicza, jak i pani Gronkiewicz-Waltz. Na piśmie.
Istnieje
konieczność funkcjonowania tego typu kas zwłaszcza na
prowincji, gdzie mogą stać się systemem wzajemnego kredytowania
działalności własnej. Nie duże banki właśnie, ale kasy
spółdzielcze. Banki nie mogą czuć się zagrożone,
ponieważ my nigdy nie sięgniemy po te operacje gospodarcze,
których one dokonują. Skromny, pracujący człowiek
tak naprawdę pozostanie poza obrębem ich zainteresowania.
Większość ludzi pozostaje jednak na marginesie wielkiego
życia finansowego. My jesteśmy dla nich. Kasa spółdzielcza
to jest po prostu ludzka kasa. Tu można wziąć chwilówkę.
Ludzie przychodzą i mówią: co byśmy bez was zrobili...
Oni przychodzą do nas stale, mamy wzajemne zaufanie,
wtedy można naprawdę do minimum uprościć procedury.
Mówi
Pani rzeczy dziwne. W dzisiejszym społeczeństwie zwycięża
pogląd rodem z wojującego liberalizmu, mówiący
o tym, że właściwie nawet do własnego brata nie można
mieć zaufania w sprawach finansowych. A Pani tutaj mówi,
że dwa tysiące ludzi objętych jest tym zaufaniem. Czy
to nie jest niebezpieczne? Czy jest jakaś granica, poza
którą wyszedłszy nie będziecie znać już waszych
członków?
Taka
groźba istnieje, oczywiście. Proszę jednak zauważyć,
że ten system funkcjonuje w ten sposób, że znajomi
przyprowadzają znajomych, koleżanki kolegów.
W ten sposób nie musimy znać wszystkich, a skomplikowana
sieć połączonego zaufania powoduje skuteczne zabezpieczenie.
To
działa?
Tak,
to działa. Wbrew pozorom. Jest bardzo dużo ludzi porządnych,
pracowitych, uczciwych, oddających skrupulatnie co do
grosza swoje należności. Ale o takich w gazetach się
dzisiaj nie pisze. Pisze się o aferach, o różnych
przykładach nieuczciwości, co jest krzywdzące dla większości
ludzi. W związku z tym uważamy, że warto dalej budować
zaufanie.
I
macie tego wymierne rezultaty. A jakie w takim razie
plany na przyszłość?
Zamierzamy
otwierać nowe punkty kasowe. Chcemy przyjąć nowych członków
i zwiększać aktywa. To zwiększy naszą zdolność kredytowania.
Na przykład umożliwi nam wprowadzenie kredytów
mieszkaniowych.
A
ilu członków wasza kasa będzie miała za rok?
Nie
wiem, ale sądząc po dotychczasowej dynamice - w roku
2000 przybyło 40%, ich liczba na pewno wzrośnie.
(styczeń
2001) |