Barbara Bubula (PIS), Posanka na Sejm RP, z okrgu 13, Wybory 2005, Prawo i Sprawiedliwo

 

 

 

   ARTYKUŁY - NASZE PIENIĄDZE W NASZYCH RĘKACH

Barbara Bubula (PIS), Posanka na Sejm RP, z okrgu 13, Wybory 2005, Prawo i Sprawiedliwo

 

przekad Barbara Bubula

 

Linki do stron Sejmu RP:

- WYPOWIEDZI

- INTERPELACJE

- ZAPYTANIA

- PYTANIA

- OWIADCZENIA

- GOSOWANIA

- KOMISJE SEJMOWE

- MEDIA

- LINKI

 

 

Nasze pieniądze w naszych rękach

Rozmowa Barbary Bubuli z Teresą Gruszczak, p Prezesem Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej "Jagiellonia" w Krakowie rozmawia Barbara Bubula

Kim Pani jest z zawodu?

Nauczycielem matematyki. Uczyłam przez wiele lat w krakowskich szkołach średnich.

A teraz jest Pani prezesem Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej. Jak to się stało?

Inicjatywa była absolutnie oddolna. Byłam przewodniczącą koła Solidarności w szkole i z tego tytułu w roku 1995 znalazłam się w Prezydium KMNSZZ "Solidarność – Śródmieście" dla pracowników Oświaty. Prezydium zleciło mi prace nad założeniem SKOK. Z pieniędzy związkowych sfinansowaliśmy pierwsze wydatki Kasy: opłaty rejestracyjne w sądzie. Założycieli było jedenastu. Fundusze – żadne. Wpisowe piętnaście złotych, udział – dwadzieścia. Tyle wpłacaliśmy na początek. Było to w maju 1996 roku. Wtedy na szczęście pomogła nam gmina Kraków. Rada Miasta, nie bez oporów, uchwaliła dla nas pożyczkę w wysokości dwudziestu tysięcy (tak!) złotych "na zagospodarowanie", czyli kupno kasy pancernej, komputera, i pół etatu kasjerki przez pierwszy rok działalności. Potem mieliśmy sobie radzić sami.

I poradziliście sobie?

Tak.

Ilu członków liczy teraz wasza Kasa?

Prawie dwa tysiące. Oprócz siedziby głównej w Krakowie przy ul. Sokolskiej otworzyliśmy już dodatkowy punkt kasowy w Wieliczce i jesteśmy w trakcie uruchamiania następnego. Nasze aktywa wynoszą – to nie tajemnica – ponad 3 mln zł.

Jak to się w ogóle mogło udać? Taka ekspansja w ciągu czterech lat? Działacie przecież w dość niekorzystnym otoczeniu - bogaci konkurenci w postaci banków.

Wokół naszej siedziby mamy siedem banków. I to nam w niczym nie przeszkadza zwiększać liczby członków o 40% rocznie. My z nimi nie konkurujemy. Nasza idea jest zupełnie inna.

Wszystkie kasy spółdzielcze, jakie tworzyły się latach 90. były kasami "zamkniętymi", tworzonymi dla konkretnych środowisk, zwłaszcza dużych zakładów pracy. My powstaliśmy dla pracowników oświaty - najtrudniejszej, bo rozproszonej grupy zawodowej. SKOK-i tworzone w hutach, kopalniach lub dużych firmach wraz z dużą pomocą zakładów miały ułatwione zadanie – od razu potencjalnie kilka tysięcy bogatszych niż nauczyciele udziałowców.

W naszym trudnym pod względem ilości pracodawców nauczycielskim środowisku akcję rozpoczęliśmy poprzez koła "Solidarności", co zaowocowało wpisaniem się około dwustu osób. A później wieść o kasie się rozeszła. Ponieważ wiadomo, jak to jest z nauczycielskimi pensjami - ciągle rząd obiecuje podwyżki, a te podwyżki czasem okazują się obniżkami - ludzie zrozumieli, że mogą sobie tylko sami pomóc wzajemnie. Ci co mają więcej pieniędzy mogą u nas lokować na korzystnych warunkach i dzięki temu osoby potrzebujące mogą uzyskać pożyczki. To właśnie jest zasada: pomóżmy sobie sami, i w chwili obecnej ta akcja się udała – jedni zaczęli przyciągać drugich. Od jedenastu założycieli aż do dwóch tysięcy.

Czy zatem kasy spółdzielcze zastąpiły dawne peerelowskie kasy zapomogowo – pożyczkowe?

Nie. Kasy zapomogowe dobrze się mają do dzisiaj. Są dla ludzi, którzy wyłącznie pożyczają i zainteresowanie nimi wskazuje, że są ciągle potrzebne. Różnica zasadnicza między nami polega na tym, że nasi udziałowcy – współwłaściciele kasy mogą korzystnie lokować swoje oszczędności oraz na tym, że SKOK-i mają osobowość prawną, co umożliwia w razie konieczności sądowe dochodzenie należności. Ale muszę powiedzieć, że rzadko zachodzi taka konieczność, nie mamy praktycznie nierzetelnych członków. Ludzie sobie ufają. Czasem ktoś popadnie w kłopoty, bo straci pracę, albo gdzieś wyjedzie. To ten niewielki ułamek przysparzający trudności, ale najbardziej istotną rzeczą jest to, że lokowane pieniądze są ubezpieczone. Polisa ubezpieczeniowa Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych (TUW SKOK) daje następujące korzyści:

 gwarantuje wypłatę oszczędności każdego członka do wysokości 15 000 EURO;

 zabezpiecza rodzinę i poręczycieli przed skutkami niespłaconej pożyczki w przypadku śmierci pożyczkobiorcy do 65 roku życia;

 daje ochronę w przypadku choroby trwającej dłużej niż 1 miesiąc;

Proponujemy też korzystne ubezpieczenia na życie i od nieszczęśliwych wypadków.

Czy możemy ujawnić, jaki jest procent tych pożyczek, z odzyskaniem których są problemy?

Jeden procent, a nawet mniej. Przy czym i te pieniądze są do odzyskania. Wtedy sięgamy po zabezpieczenie: żyrantów albo weksle, normalna procedura.

Oferujecie w zasadzie to samo, co banki: można u was pieniądze pożyczyć, można lokować, nota bene na bardzo dobry procent, konkurencyjny w stosunku do lokat bankowych (dzisiaj do 18,5%), ale można też prowadzić rachunek, tzw. ROR.

Zgadza się. Jeśli chodzi o oprocentowanie lokat, to może być tak duże, ponieważ mamy małe koszty własne i praktycznie działamy bez ryzyka. My nie inwestujemy na giełdzie, na rynku papierów wartościowych i nie kredytujemy przedsięwzięć gospodarczych. Możemy lokować pieniądze albo w obligacjach skarbu państwa, albo w naszej Kasie Krajowej.

Nieustająco rozwijamy zakres usług. To chyba też przyczyna, że przychodzi do nas coraz więcej ludzi. Mamy lokaty okazjonalne, lokaty rentierskie, rachunki systematycznego oszczędzania, nawet połączone z ubezpieczeniem na życie. W zakresie pożyczania mamy bogatą ofertę, prowadzimy też ROR-y z możliwością zlecania nam przelewów w zakresie stałych opłat.

Jesteście spółdzielnią. Słowo spółdzielnia w Polsce - co tu dużo mówić – różnie się kojarzy, idea spółdzielczości wymaga rehabilitacji. Wy jesteście dobrym przykładem na udaną spółdzielczość. W waszym przypadku ta forma prawna okazała się idealna, jakie się z tym wiążą korzyści?

Każdy, bez względu na ilość udziałów ma jeden głos na walnym zgromadzeniu. Nikt nas nie może kupić, sprzedać, jesteśmy samorządni.

Nikt was nie może przejąć, żadna instytucja finansowa?

Tak jest, ponieważ głosuje się według zasady – jeden członek, jeden głos. Nikt nie jest uprzywilejowany, bez względu na to, czy pożycza, czy ma u nas lokatę. To jest najbardziej demokratyczna forma. Taka spółdzielczość wymaga wskrzeszenia.

Jak długo pani się uczyła być prezesem instytucji finansowej o aktywach 3 mln zł i dwóch tysiącach członków?

Cały czas się uczę. Od początku się uczyłam i robię to do tej pory, ponieważ rozwój kasy wymaga nieustającego uczenia się. Ciągle są nowe wyzwania. Zakładamy nowe punkty, dajemy nowe produkty. To bardzo dynamiczny organizm. Zresztą bezustanne podnoszenie kwalifikacji jest obowiązkiem całego zarządu – co dwa lata przechodzimy obowiązkowe szkolenia, ukończenie których upoważnia do dalszego kierowania kasą.

Czy sądzi pani, że przed kasami spółdzielczymi są jakieś niebezpieczeństwa w przyszłości?

Myślę, że nie ma. Nawet upadek zakładu pracy, w którym kasa działała nie oznacza upadku samej kasy. Zresztą dotąd żadna kasa w Polsce nie upadła. Kasa Krajowa, która sprawuje nad nami nadzór pilnuje, żeby nie było takich sytuacji. W razie, gdy np. upada zakład pracy i wypisuje się duża liczba członków, zwykle doprowadza się do fuzji z inną kasą. Dla członków pozostających w kasie praktycznie nic się nie zmienia. No, może adres siedziby.

Nasza kasa nie ma w ogóle tego problemu. My od początku budujemy swoją działalność bardziej rynkowo. Do nas należą ludzie z około 400 zakładów pracy. Ale to jeszcze nie tak dużo, bo szkół jest w województwie ponad tysiąc. W tej chwili może się zapisać do nas każdy, ponieważ tak sformułowaliśmy nasz statut, że możemy przyjmować członków stowarzyszeń i organizacji społecznych bez względu na miejsce zatrudnienia. Jeżeli ktoś dotąd nie jest członkiem żadnego stowarzyszenia, to może się zapisać do utworzonego przez nas Stowarzyszenia Wspierania Kasy.

Ostatnio możliwe jest także członkostwo w kasie osób prowadzących działalność gospodarczą na własny rachunek. To nowość.

Ta możliwość pojawiła się dopiero w 2000 roku po zmianie ustawy sejmowej o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych. Na razie otwieramy rachunki, jeszcze bez kredytowania, ale myślę, że niedługo i to nastąpi. Trzeba podkreślić, że dotyczy to wyłącznie osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, a nie spółek. Osoby te traktuje się po prostu jako takie, które "zarabiają" sobie pensję. Wielu ludzi, którzy poprzednio pracowali w wielkich zakładach pracy, przechodzi przy rozmaitych restrukturyzacjach na własny rachunek. Dla nich konieczność ponoszenia wysokich opłat za rachunki bankowe to duże obciążenie.

A wy jesteście tańsi?

Tak.

Mówiąc bez ogródek, kasy spółdzielcze, to jedno z niewielu udanych dzieci "Solidarności". Po cichu właściwie i na uboczu się wychowuje, bez rozgłosu i nadzoru politycznego, na szczęście. Żyjecie praktycznie na marginesie życia ekonomicznego i społecznego. Czy nie obawia się Pani zatem, że ktoś może w przyszłości zacząć majstrować przy prawie związanym z waszym funkcjonowaniem? To jedno zagrożenie. A drugie to jednak konkurencja banków, szukających ostatnio najwyraźniej drobnych klientów – zobaczymy ile powstaje bankowych punktów "szybkiej obsługi".

Jeżeli chodzi o sytuację polityczną, to może być rzeczywiście różnie. Prawo może się zmienić, jak się zmieni lobby w sejmie, to jasne. Ale myślę, że do tego czasu będzie to już ruch na tyle silny, że da się radę obronić. Bardzo pozytywne opinie uzyskał zarówno od pana Balcerowicza, jak i pani Gronkiewicz-Waltz. Na piśmie.

Istnieje konieczność funkcjonowania tego typu kas zwłaszcza na prowincji, gdzie mogą stać się systemem wzajemnego kredytowania działalności własnej. Nie duże banki właśnie, ale kasy spółdzielcze. Banki nie mogą czuć się zagrożone, ponieważ my nigdy nie sięgniemy po te operacje gospodarcze, których one dokonują. Skromny, pracujący człowiek tak naprawdę pozostanie poza obrębem ich zainteresowania. Większość ludzi pozostaje jednak na marginesie wielkiego życia finansowego. My jesteśmy dla nich. Kasa spółdzielcza to jest po prostu ludzka kasa. Tu można wziąć chwilówkę. Ludzie przychodzą i mówią: co byśmy bez was zrobili... Oni przychodzą do nas stale, mamy wzajemne zaufanie, wtedy można naprawdę do minimum uprościć procedury.

Mówi Pani rzeczy dziwne. W dzisiejszym społeczeństwie zwycięża pogląd rodem z wojującego liberalizmu, mówiący o tym, że właściwie nawet do własnego brata nie można mieć zaufania w sprawach finansowych. A Pani tutaj mówi, że dwa tysiące ludzi objętych jest tym zaufaniem. Czy to nie jest niebezpieczne? Czy jest jakaś granica, poza którą wyszedłszy nie będziecie znać już waszych członków?

Taka groźba istnieje, oczywiście. Proszę jednak zauważyć, że ten system funkcjonuje w ten sposób, że znajomi przyprowadzają znajomych, koleżanki kolegów. W ten sposób nie musimy znać wszystkich, a skomplikowana sieć połączonego zaufania powoduje skuteczne zabezpieczenie.

To działa?

Tak, to działa. Wbrew pozorom. Jest bardzo dużo ludzi porządnych, pracowitych, uczciwych, oddających skrupulatnie co do grosza swoje należności. Ale o takich w gazetach się dzisiaj nie pisze. Pisze się o aferach, o różnych przykładach nieuczciwości, co jest krzywdzące dla większości ludzi. W związku z tym uważamy, że warto dalej budować zaufanie.

I macie tego wymierne rezultaty. A jakie w takim razie plany na przyszłość?

Zamierzamy otwierać nowe punkty kasowe. Chcemy przyjąć nowych członków i zwiększać aktywa. To zwiększy naszą zdolność kredytowania. Na przykład umożliwi nam wprowadzenie kredytów mieszkaniowych.

A ilu członków wasza kasa będzie miała za rok?

Nie wiem, ale sądząc po dotychczasowej dynamice - w roku 2000 przybyło 40%, ich liczba na pewno wzrośnie.

(styczeń 2001)

Barbara Bubula (PIS), Posanka na Sejm RP, z okrgu 13, Wybory 2005, Prawo i Sprawiedliwo

    BARBARA BUBULA
    www.bubula.pl
    Administrator strony - tel. 510 985 549