|
Ludzie
z zamrażarki
Rozmowa
z Bolesławem Natankiem
B.Bubula:
Ludzie z zamrażarki - skąd to określenie?
B.Natanek:
Zamrażarką nazwano kiedyś biuro ulokowane przy wojewodzie,
w którym zgromadzono dokumentacje wszystkich
osób posiadających niezrealizowane książeczki
mieszkaniowe. Książeczki te zakładane były w latach
60. i 70., ich właściciele wpłacali przez wiele lat,
co miesiąc, określone kwoty, a po latach mieli uzyskać
mieszkania. Robiono tak, dopóki system się nie
załamał. Stało się to w drugiej połowie lat 80. Wtedy
całą resztę nieszczęśników bez mieszkań wpakowano
do poczekalni-zamrażarki, gdzie tkwią do dzisiaj. Część
wcześniej przypisano do spółdzielni mieszkaniowej,
gdzie stanowią dość dziwaczną rzeszę członków
oczekujących. Oczywiście spółdzielnie oferują
obecnie tylko mieszkania po cenach wolnorynkowych. Książeczki
zaś według rozporządzenia Rady Ministrów warte
są tyle co 3 metry kw. mieszkania. I tak pozostajemy
z niezrealizowanym zobowiązaniem państwa. I żądamy sprawiedliwości.
Ilu
Was jest?
Jeśli
chodzi o Kraków, według danych wojewody jest
nas ponad 40 tysięcy, w województwie małopolskim
szacujemy, że około 100 tysięcy, w całej Polsce ludzi
posiadających książeczki jest około trzech milionów.
Dlaczego
dotąd Wasza sprawa nie została załatwiona?
To
bardzo dobre pytanie. Zwracamy się do władz od dawna
z tym właśnie pytaniem. Jest to problem, który
dotyczy bardzo dużej liczby osób, na pewno jest
związany z dużymi wydatkami finansowymi. Kolejne rządy
uznały, że jeżeli się o tym problemie nie mówi,
to po prostu tego problemu nie ma.
Jak
ważne są sprawy mieszkaniowe nie trzeba chyba nikomu
tłumaczyć. Jest to podstawa egzystencji rodziny. Obowiązek
pomocy państwa wynika bezpośrednio z konstytucji, jak
również z samej istoty państwa, można tak powiedzieć.
Uważamy,
że różnego rodzaju lobby typu deweloperskiego
czy pozostałości po spółdzielczości mieszkaniowej,
które znajdują poklask w Sejmie, doprowadzają
do tego, że sztucznie tamowany jest rozwój budownictwa
mieszkaniowego. Lobby te obawiają się wolnego rynku
mieszkaniowego, gdzie najemca ma oferty mieszkań, a
nie ceny w tej chwili dyktowane przez deweloperów,
spółdzielnie lub właścicieli kamienic. Chcemy,
aby to lokator miał prawo wyboru.
Podobno
niektórzy eksperci twierdzą, że w Polsce jest
dokładnie tyle wolnych mieszkań, ile osób z niezaspokojonymi
potrzebami mieszkaniowymi, czyli problemu nie ma?
Podobno
tak jest, chociaż mamy różne na ten temat opinie.
Na przykład Komitet Polskiej Akademii Nauk - Komitet
Prognoz Polska 2000 Plus mówi, że brakuje około
5 milionów mieszkań. Należy pamiętać również
o tym, że w najbliższym czasie około miliona mieszkań
zupełnie się zdekapitalizuje. Wiek tych budynków
jest taki, że popadną w ruinę. Jest takie sformułowanie
o tej statystycznej równowadze podaży i popytu,
które pani przywołała, nie wiem na czym oparte,
usłyszeliśmy je z ust pana wiceministra Bedy na spotkaniu
w Krakowie. Wynikałoby z tego, że jedynym problemem
jest skontaktowanie w jakiś sposób właścicieli
tych lokali z potencjalnymi lokatorami. Wiemy, że to
absurd, nawet jeśli liczby mieszkań się zgadzają. Istnieje
przecież bariera finansowa nie do przekroczenia dla
tych ludzi. Wydaje nam się, że kto jak kto, ale rząd
powinien sobie zdawać sprawę, jakie są warunki materialne
bytowania polskiej rodziny i że ceny mieszkań sięgające
3 czy 4 tys. za metr kwadratowy są po prostu nierealne.
Właśnie.
Wracając do Waszych książeczek: kiedy były zakładane
w latach 60. i 70., miały zapewnić pełnowartościowe
mieszkania ich właścicielom. Tak się wówczas
kształtowały relacje cenowe, jeżeli chodzi o wkład zgromadzony
na książeczce i gwarancje państwa zawarte w umowie.
Odwołujecie się do wówczas zawartych umów,
żądając ich realizacji. Na czym polega właściwie problem
prawny związany z tymi książeczkami?
Pierwszy
problem to dyskryminacja, czyli łamanie praw człowieka.
Problem ten polega na tym, że w akcji pod nazwą książeczki
mieszkaniowe w sumie wzięło udział około siedmiu milionów
ludzi, z czego więcej niż połowa mieszka dziś w swoich
mieszkaniach. Natomiast ci ludzie, którzy nie
zaspokoili swoich potrzeb...
Nie
zdążyli.
Nie
zdążyli. To jest właśnie ta grupa około 3 milionów
posiadaczy książeczek mieszkaniowych. Rząd sugeruje,
że jesteśmy tymi nieudacznikami. My wiemy, w jaki sposób
w tamtych czasach wielu ludzi dostawało mieszkanie.
Wystarczyło mieć miękki kręgosłup, zapisać się do odpowiedniej
organizacji lub być w odpowiednich służbach i te mieszkania
były. Państwo PRL nie kryło się, że był to kąsek, za
który kupowano ludzi. W latach 80., po stanie
wojennym, bodajże w roku 1983, chcąc pozyskać pracowników
w Hucie Lenina do tak zwanych branżowych związków
zawodowych oraz wyciszyć nastroje solidarnościowe, wszystkie
mieszkania wybudowane w Krakowie skierowano dla pracowników
tej huty. Była to decyzja jednego z wicepremierów.
Udało się to w stu procentach, bo związki branżowe oczywiście
powstały. Wskazuje to jednak na ułomność i karykaturalność
spraw związanych ze spółdzielczością. (Oddane
w tym czasie mieszkania były mieszkaniami spółdzielczymi).
Spółdzielczość mieszkaniowa de facto umarła w
1945 roku i nie odrodziła się do tej pory w takim kształcie,
w jakim istniała przed wojną.
To
jest problem dyskryminacji. A drugi?
Drugi
z aspektów prawnych, który nas interesuje,
jest związany z konkretną umową, jaką zawarliśmy, gdzie
państwo gwarantowało równowartość 44 metrów
kwadratowych. My wiemy, że rzeczywiście wpłata na tej
książeczce wynosiła 10-20% wartości mieszkania. Ale
osoby, które otrzymały mieszkanie miały przede
wszystkim możliwość spłaty kredytów w realnych
dla siebie wielkościach, korzystały również z
innych form pomocy państwa. Nie było problemów
z pozyskaniem gruntów. Oprocentowanie tych kredytów
dla ludzi było zawsze poniżej inflacji. W tym przejawiała
się po prostu pomoc państwa. My w zasadzie żądamy tego
samego. Żeby potraktować nas tak, jak potraktowano te
grupy, które mieszkają w lokalach spółdzielczych.
Nie wspomnę o takich przywilejach, że przez cały czas
państwo, czyli my wszyscy dopłacaliśmy do tego, bo jak
był blok oddany to od razu wymagał remontu. Później
płaciło się za docieplanie. Do niedawna istniały dopłaty
do energii cieplnej z budżetu. Wskazuje to po prostu,
że albo braliśmy udział w jakiejś piramidzie finansowej,
w której całe społeczeństwo się składało na rzecz
tych osób, które dostały mieszkania, albo,
czego my się dopatrujemy w tej sytuacji, została złamana
konstytucja w stosunku do tak znacznej liczby osób,
zasada równości wobec prawa. Państwo polskie
powinno dotrzymać i wypełnić zobowiązania, jakie podjęło
w zawartej z nami umowie. W przeciwnym razie okaże się,
że została złamana także zasada zaufania do państwa.
Można powiedzieć również, że jest łamana zasada
państwa prawa.
Mija
12 rok istnienia III Rzeczpospolitej. Wasza sprawa do
tej pory nie jest załatwiona. Jest Was 3 miliony, wydaje
się, że jest to ogromna siła wyborcza. Jakieś 20% głosujących.
Ogromne lobby. Wobec tego dlaczego żadne z ugrupowań
politycznych nie poczuwa się do reprezentacji Waszych
interesów? Rzeczywistej reprezentacji, to jest
przedstawienia i forsowania projektu ustawy o pełnej
waloryzacji książeczek mieszkaniowych.
Oczywiście
spotykamy się z posłami i senatorami, bo wiemy, że ta
sprawa musi być załatwiona drogą ustawową. Niestety,
wydaje mi się, że Sejm nasz stał się po prostu wyłącznie
miejscem lobbingu. Nie ma co liczyć na dobrą wolę, czy
poszukiwanie dobra wspólnego, które ugrupowania
polityczne podjęłyby "same z siebie" Musi
się twardo rozmawiać, coś za coś, jak nie przymierzając
lobby piwne czy autostradowe. W tej grze nasza grupa
na razie, powiedzmy sobie, raczkuje, bo jest nas, zorganizowanych
zaledwie kilka tysięcy spośród tych 3 milionów.
W Krakowie około tysiąca. Wprawdzie powstają już podobne
stowarzyszenia w innych miastach, ale jest to dopiero
początek. Będziemy się po prostu starali wywrzeć nacisk
na parlament. Jeżeli elity polityczne, mówiąc
brutalnie, nie znajdą w tym swojego interesu...
Albo
jeżeli się nie przestraszą Waszej siły...
Tak,
to będzie to sprawa spychana wiecznie na margines, mimo,
że jest to w tej chwili, po bezrobociu chyba największy
problem społeczny.
Dotychczas
jednak odbijacie się od ściany obojętności polityków.
Osiągnęliśmy
niewielkie sukcesy. Na razie. Uzyskaliśmy jednogłośną
rezolucję popierającą nasze żądania w radzie Miasta
Krakowa. Wszystkie ugrupowania były za. Poparł nas dość
mocno w skali kraju Ruch Odbudowy Polski. Podjął uchwałę
o podjęciu inicjatywy ustawodawczej w naszej sprawie.
Mamy kontakty z posłami z Polskiego Stronnictwa Ludowego,
nawet posłowie Unii Wolności w naszej sprawie interpelowali
w Sejmie. Wydaje mi się po prostu, że musimy pokazać
elitom, ilu nas faktycznie jest i że jesteśmy zdeterminowani.
Czy
nie wydaje się Panu, że to, w jaki sposób Was
się traktuje jest pewnym symptomem choroby polskiego
państwa, systemu demokratycznego w naszym kraju? Wasz
"zamrażarkowy problem" jest częścią dużego
problemu mieszkaniowego, dotyczącego wszystkich tych,
którzy nie są w stanie zapewnić sobie własnego
lub wynajmowanego mieszkania na wolnym rynku. Ten z
kolei zawiera się w całym pozostawionym na marginesie
zainteresowania polityków problemie zwykłych
ludzi w Polsce, którzy po prostu nie są w ogóle
reprezentowani w parlamencie. Czy widzi Pan jakieś możliwości
zmiany tego stanu rzeczy?
Tak,
jest wiele innych problemów związanych z egzystencją
tak zwanego życia codziennego i dla mnie jest rzeczą
cokolwiek dziwaczną, że aby dojść do własnego mieszkania,
trzeba zakładać wielotysięczne stowarzyszenie, organizować
pikiety, demonstracje i występy w telewizji. Takie szanse
daje nam niby demokracja. Z drugiej strony jednak świadczy
to o słabości tej demokracji, bo mamy ogromną liczbę
różnych przedstawicieli, radnych różnych
szczebli, posłów, senatorów. W zasadzie
więc, gdyby normalne mechanizmy działały tak, że ludzie
ci chcą nas reprezentować, to moglibyśmy spokojnie zajmować
się swoimi sprawami, pracą zawodową, wychowywaniem dzieci
i innymi zajęciami przeciętnego obywatela, a takie problemy
przekazywać naszym przedstawicielom do rozwiązania.
Wymagałoby to jednak zmiany podejścia tych przedstawicieli.
Podejścia do spraw nas, szarych ludzi. Dopóki
poseł czy senator będzie się poczuwał do lojalności
jedynie w stosunku do swojego ugrupowania partyjnego,
dopóty nie będzie faktycznie reprezentował ludzi,
którzy go wybierają. Dlatego włączyliśmy się
jako stowarzyszenia do ruchu na rzecz wprowadzenia w
Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych. Wydaje
nam się, że dopiero po wprowadzeniu ordynacji większościowej
zacznie się w Polsce prawdziwa demokracja. Osoba, na
którą zagłosowali wyborcy, będzie w jakiś sposób
związana ze swoim elektoratem, będzie przed nim odpowiedzialna.
Wasza
organizacja tu w Krakowie liczy 600 członków
i około 400 sympatyków, więc obejmuje około tysiąca
osób. To zaledwie 2% osób z książeczkami
mieszkaniowymi w rejonie krakowskim. Wydaje się, że
ludzie nie mają jeszcze poczucia tego, że organizując
się mogą coś załatwić. A trudno o bardziej życiową sprawę
niż własne mieszkanie. Tych członków nie powinno
być tysiąc a 40-50 tysięcy.
To
byłby jednak pewien kłopot. Po każdym naszym publicznym
wystąpieniu liczba członków nam lawinowo wzrasta,
a już dzisiaj są problemy z obsłużeniem tych, którzy
się zapisali. Nie stać nas na biuro z etatem, wszyscy
pracujemy społecznie, składki są mizerne, bo wszystko
to ludzie niezamożni. Nie korzystamy z żadnych grantów
ani dotacji. Kto działał w takiej organizacji, doskonale
wie, że na kilku w zasadzie osobach spoczywa ogromny
ciężar poświęcenia i czasu prywatnego i pieniędzy. To
jest jedna strona tego medalu. Natomiast druga sprawa
to fakt, że wiele osób jest zniechęconych, widząc
to, co dzieje się w naszym kraju. Pojawiają się nawet,
jak zwykle, zdaję sobie z tego sprawę, podejrzenia,
że chcemy sobie coś prywatnie załatwić, że chcemy zaistnieć,
zrobić karierę, lub coś w tym rodzaju. Bo widzą, jak
to wygląda na tej, jak to nazywają, scenie politycznej.
My jesteśmy organizacją apolityczną, nasi członkowie
mają różne poglądy. Najtrudniej uświadomić posiadaczom
książeczek, którzy jeszcze do nas się nie przyłączyli,
że to czego się domagamy to nie jest ręka wyciągnięta
po jałmużnę, tylko to jest to, co nam się prawnie należy.
Dlatego
skierowaliście sprawę do Rzecznika Praw Obywatelskich.
Tak.
Dzięki interwencji Rzecznika rząd musi wycofać się ze
skandalicznej decyzji odbierającej prawo do premii gwarancyjnej
tym właścicielom książeczek, którzy chcieli przeznaczyć
premię na wykup mieszkania komunalnego lub przekształcenie
mieszkania spółdzielczego na własnościowe. Przy
tej okazji wyszło na jaw, że regulowanie sprawy premii
gwarancyjnej w drodze rozporządzenia jest prawdopodobnie
niezgodne z prawem. Sprawa skierowana została do Trybunału
Konstytucyjnego. Zaświtała nam nadzieja, że posłowie
będą musieli zająć się sprawą w drodze ustawowej i wreszcie
dojdzie do debaty parlamentarnej na nasz temat.
Przy
spotkaniach z parlamentarzystami okazuje się, że wszyscy
nas popierają i wszyscy stwierdzają, że mamy rację.
Załatwiono przecież sprawę przedpłat na książeczki samochodowe,
na co też dość duże pieniądze poszły z budżetu. A mieszkanie
jest, tak mi się wydaje, o wiele ważniejszą rzeczą niż
samochód. Chyba że się chce nas przestawić, jak
Michała Drzymałę, na bycie społeczeństwem mobilnym,
na życie w barakowozach. I wtedy będziemy się przemieszczać
po całej Polsce w poszukiwaniu pracy.
Czy
w kontaktach z władzami centralnymi przedstawialiście
jakieś sposoby rozwiązania problemu?
Oczywiście
nie jest naszą sprawą szukanie rozwiązań, bo mamy przecież
od tego naszych przedstawicieli we władzach, jednak
kontakty z elitami politycznymi polegają na tym, że
jeżeli jest jakiś problem, a na pewno problemem jest
sprawa mieszkaniowa, to władza stara się w tym wszystkim
doszukiwać następnych problemów, a nie szuka
rozwiązań. Chcemy, żeby te ciała przedstawicielskie
zajęły się jakąś pracą kreatywną, a nie zasłaniały się
takim czy innym przepisem i pozostawały w jakiejś ogólnej
niemożności. Stworzyliśmy taki program - czekamy na
opinię rządu o nim - który się nazywa Narodowy
Fundusz Mieszkaniowy, gdzie wskazujemy pewne możliwości
rozwiązania tego problemu. Środki tego funduszu mogłyby
pochodzić z wpłat społeczeństwa - osób posiadających
mieszkania - po 1 zł od metra kw. rocznie, co dałoby
ok. 1 mld zł, oraz z wpłat podmiotów gospodarczych,
co dałoby od 1 do 3 mld zł rocznie. Mamy przykłady przedwojennego
Funduszu Obrony Narodowej. Jest to program, który
nastawiony jest nie tylko na to, aby państwo wywiązało
się ze swego zobowiązania, ale jest to program służący
państwu. Rozwój budownictwa jest de facto rozwojem
całej gospodarki i może się przyczynić do dobrobytu
całego społeczeństwa.
A
może nie o to chodzi?
Może
nie o to chodzi. Starałem się wyobrazić sobie sytuację,
gdy w Krakowie przy pomocy tego funduszu powstaje 10
czy 20 tysięcy nowych mieszkań komunalnych. Nietrudno
się domyślić, jakie byłyby tego reperkusje. Na pewno
wymusiłoby to obniżkę czynszów wolnorynkowych
w kamienicach. Bo nagle okazałoby się, że nie w każdej
kamienicy mogą być cztery salony towarzyskich spotkań
pod różnym szyldem, czy dwa banki. To jest po
prostu działanie, które nie idzie na rękę deweloperom
i właścicielom kamienic, chociaż uzyskaliby wtedy pełne
władanie nad swoimi kamienicami, bo pozbyliby się niechcianych
lokatorów z czynszem regulowanym. Większość ludzi,
którzy teraz stają w obliczu eksmisji pod groźbą
czynszu wolnego, na pewno chętnie przeprowadziłoby się
do nowych budynków z nowoczesnym wyposażeniem,
za bardziej przystępny czynsz.
Proponowane
przez Was rozwiązania były sprawdzone w wielu krajach.
Jakoś dziwnie cicho o tym w polskich środkach przekazu,
Polacy w ogóle nie mają tej świadomości, że w
Niemczech, czy we Włoszech pomoc mieszkaniowa jest duża.
Nie jest tak, że mieszkanie to ma być dobro ponad możliwości
przeciętnie zarabiającej rodziny, jak to usiłują nam
wmówić prymitywni liberałowie.
Tak.
Nie mówi się na przykład, że w powojennych Włoszech
w 1949 roku wprowadzono podobny do proponowanego przez
nas fundusz solidarności. Poskutkowało to budową początkowo
90 tys. mieszkań rocznie, potem było już 450 tys.
Znamienne
jest to, że w Polsce, która aspiruje do Unii
Europejskiej przedstawia się różne rozwiązania,
np. związane z transportem, autostradami, nowe rejestracje
do samochodów i na to idą pieniądze, to jest
promowane, natomiast nic się nie mówi na temat
ustawodawstwa socjalnego w państwach Unii.
Mówi
się, owszem, ale zawsze z podkreśleniem, że ich na to
stać, a nas nie.
No,
nie może być tak, że kogoś nie stać na to, żeby społeczeństwo
jego kraju miało normalne warunki mieszkaniowe! Czy
całe społeczeństwo ma żyć na wysypiskach śmieci i w
slumsach? Jeżeli aspirujemy do Unii, to nie tylko sprawy
związane z podatkami, czy z ustrojem administracyjnym
muszą być jakoś spójne z ich prawem, ale również
i sprawy zabezpieczenia socjalnego. Nasi negocjatorzy
albo nie chcą albo nie wiedzą, że to jest główną
barierą, dlaczego nas w tej zjednoczonej Europie nie
chcą. Wysokie bezrobocie, niski poziom życia to groźba
migracji ludności do nich od nas. Z kolei odbije się
to dodatkowo na nas, z powodu wykupu polskiej ziemi,
która stanie się łakomym kąskiem. Nawiążę tu
znów do postaci Michała Drzymały, który
rugowany z ziemi w zaborze pruskim zamieszkał w domu
na kółkach. To jest bolesna sprawa, kiedy ludzie,
którzy kiedyś poświęcali swoje życie za to, żeby
te ziemie pozostały polskie w tej chwili prawdopodobnie
przewracają się w grobie. Czasy się zmieniają, ale są
pewne wartości, które pozostają niezmienne mimo
różnych koniunktur politycznych.
Rozwój
miast, rozwój budownictwa przyczyniłby się do
tego, że ta ziemia stałaby się wartością samą w sobie.
Także dla państwa w jakimś sensie również.
Wróćmy
jeszcze do kwestii aktywności i bierności osób,
które mają problem mieszkaniowy. Daje się zauważyć
słabość organizacji obywatelskich, które zajmują
się lobbingiem lokatorskim, mieszkaniowym. Znikoma część
spośród osób, które mają ten problem
widzi jakiś sens w organizowaniu się, a już te, które
potrafią to robić w sposób profesjonalny, sprawny
stanowią zaledwie garstkę. Skąd się bierze tego rodzaju
sytuacja?
W
każdej tego typu organizacji jest po parę osób,
które mają chęć działania i widzą w tym jakiś
sens. Ludzi zraża długotrwałość pewnych procedur w demokracji
i jałowość wielu wysiłków. Spektakularne działania,
takie jak manifestacje, pikiety przyciągają zwolenników,
bo udowadniają, że organizacja jest silna i jest w stanie
wywrzeć jakiś nacisk, pokazać się w mediach. Ale i tak
codzienne, żmudne zmaganie się z władzą pozostaje dla
garstki wytrwałych.
Wydaje
się, że w Polsce tylko bardzo ostre, spektakularne działania
wywierają jakikolwiek wpływ na władzę. Andrzej Lepper,
pielęgniarki, Gabriel Janowski - to przykłady, które
świadczą o tym dobitnie.
To
oznacza, że wybieralni przedstawiciele - parlament,
rząd - po prostu nie są w stanie reagować na normalne
potrzeby społeczne. Kto wie, czy nie będziemy musieli
się chwycić podobnych metod. Niestety, teraz wydaje
nam się, że tylko takimi metodami można coś wywalczyć.
Bo
werbalnie wszyscy Was popierają, ale nic z tego konkretnie
nie wynika.
Nam
nie zależy na tworzeniu organizacji, która ma
się tylko spotykać i jakieś tam podejmować uchwały,
nam chodzi o załatwienie konkretnej sprawy. Podkreślam
jeszcze raz, że to absurd, żeby chcąc zamieszkać we
własnym mieszkaniu trzeba było powoływać aż takie stowarzyszenie.
Może to temat na jakieś następne opowiadanie Mrożka?
Dziękuję
bardzo za rozmowę.
•
Książeczki mieszkaniowe były zakładane w latach sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych. Ich właściciele mieli co miesiąc
wpłacać określoną kwotę i po latach otrzymać premię
gwarancyjną umożliwiającą otrzymanie 44-metrowego mieszkania.
•
Obecnie na mocy rozporządzenia Rady Ministrów
premie gwarancyjne dla posiadaczy książeczek wypłacane
są w wysokości od 2 do 20 tys. zł, co wystarcza na nabycie
na wolnym rynku od jednego do kilku metrów kw.
mieszkania.
•
Wypłata premii gwarancyjnej następuje dopiero po uprzednim
wpłaceniu przez właściciela książeczki 60% wartości
nowego mieszkania.
•
W Krakowie najtańsze nowe mieszkanie (35 m kw.) kosztuje
ok. 100 tys. zł. Aby otrzymać premię gwarancyjną w wys.
np. 10 tys. zł, właściciel książeczki musi wyłożyć wcześniej
60 tys. zł, czyli równowartość pięćdziesięciu
przeciętnych wynagrodzeń netto.
•
Bank PKO BP żąda przy wypłacie premii gwarancyjnej pisemnego
zrzeczenia się wszelkich roszczeń co do ich wysokości,
odmawiając wypłaty osobom, które nie podpiszą
dokumentu.
|